Wyszukiwanie

Wampir
  Nomads
Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Wampir
  Nomads
Wilkołak
Mag
Changeling: the Dreaming
Mumia
Świat Mroku: Opowiadania
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Ma Qui
Ostatnia aktualizacja: 31 października 2005
Autor: Adam Waśkiewicz
Ilustracja: Magda Mińko



Nie wierzcie, gdy powiedzą wam, że ta wojna od początku była przegrana. Obszarpańcy w czarnych piżamach nie byli dla nas żadnym zagrożeniem; przewyższaliśmy ich pod każdym względem. Dysponowaliśmy nowocześniejszym sprzętem, a wraz z armią naszego południowego sojusznika mieliśmy więcej żołnierzy niż VietCong kiedykolwiek zdołałby zmobilizować. A jednak przegraliśmy, choć wydawałoby się, że mieliśmy w rękach wszystkie atuty. Mógłbym powiedzieć, że wszystkiemu winni są pismacy, że to przez ich zdjęcia bezbronnych wiosek bombardowanych napalmem i dzieci poparzonych defoliantami szarzy Amerykanie coraz mniej przychylnym okiem spoglądali na to, co działo się w Indochinach. Wraz ze spadkiem poparcia dla wojny spadało morale żołnierzy; coraz więcejnaszych chłopców wracało do domu w plastikowych workach, lub nie wracało wcale. Pentagon potrzebował szybko spektakularnych sukcesów i właśnie wtedy, na początku lat 70-tych ktoś na górze wymyśliłgenialny scenariusz, w którym ja i moi kumple mieliśmy zagrać główne role.

Kiedy sierżant zaproponował mi przeniesienie do nowo tworzonej jednostki, jakiegoś elitarnego oddziału komandosów, zgodziłem się bez wahania. Jedyną rzeczą, jaką chciałem wówczas robić, było zabijanie komunistycznych żółtków, i gdyby jedynym sposobem na skopanie tyłka Ho Shi Minowi było sprzedanie duszy samemu diabłu, natychmiast podpisałbym cyrograf obiema rękami. Byłem wtedy taki młody... Młody i głupi.

Po przeniesieniu do odległej bazy w samym sercu dżungli spodziewałem się spotkać dziesiątki młodych rekrutów podobnych do mnie; spodziewałem się miesięcy morderczego treningu, który miał mnie złamać i ukształtować od nowa; spodziewałem się wrednych sierżantów gnębiących nas na każdym kroku; spodziewałem się wszystkiego, tylko nie tego, co na mnie czekało. Po pierwsze, oprócz mnie w oddziale było tylko jedenastu ludzi - w sumie jeden marny pluton. Poza nami w jednostce było tylko trzech innych amerykańskich żołnierzy - komandosów odpowiedzialnych za nasze szkolenie, i kilku południowych Wietnamczyków, którzy mieli zajmować się aprowizacją, kwestiami technicznymi, i którzy stanowili personel pomocniczy. Na resztę mieszkańców bazy składał się cały sztab naukowców kierowany przez doktora Thomasa Quagrunnera. To oni mieli zrobić z nas super - żołnierzy, pogromców wietnamskich partyzantów, nadzieję demokratycznego świata na przywrócenie pokoju w tym zapomnianym przez Boga zakątku Azji. Zanim jeszcze zdążyliśmy wysiąść z helikopterów, które przyniosły nas do bazy, oni już dorwali nas w swoje łapy i zaczęli przeprowadzać testy, których prawdziwego znaczenia i celu nie znał chyba nikt poza samym doktorem. Całe następne dwa tygodnie stanowiły ciąg niekończących się testów - od prób sprawnościowych, poprzez zwykłe testy na percepcję i inteligencję, aż po dziesiątki dziwacznych pytań, w których nijak nie mogłem się doszukać żadnego sensu. W trakcie tych dni nawet nie miałem czasu by dobrze poznać moich nowych kolegów, dowiedzieliśmy się jedynie, że nie będziemy tworzyć jednego oddziału, tylko zostaniemy podzieleni docelowo na dwie mniejsze jednostki. Sześcioosobowe składy? To nie miało kompletnie żadnego sensu; w starciu z jakimkolwiek patrolem VietCongu nie mielibyśmy najmniejszych szans! No, chyba że doktor i jego brygada mieli w rękawie jakiegoś asa, o którym nie mieliśmy pojęcia...

Wreszcie po skończeniu testów, które wydawały się trwać całą wieczność, całą naszą dwunastkę zebrano w kantynie, gdzie miał do nas przemówić doktor.

Choć od tamtego dnia minęło ponad ćwierć wieku, do dziś pamiętam jego słowa, jakbym usłyszał je przed chwilą. Projekt, którego mieliśmy stać się częścią, zakładał podanie wyselekcjonowanej grupie żołnierzy specjalnego serum, które miało podnieść wydolność organizmu, umożliwić niemal natychmiastową regenerację tkanek, usprawnić percepcję i koordynację motoryczną. Cudowny eliksir, który z cherlawego szeregowca Rogersa zrobiłby Kapitana Amerykę. Doktor wspomniał także coś niejasno o pewnych efektach ubocznych, które miały pojawić się w początkowej fazie działania serum na organizm, jednak, jak nas zapewnił, powinny one szybko ustąpić.

Czy gdybym wówczas wiedział, na co się skazuję, czy tak samo chętnie przyjąłbym specyfik doktora? Być może nie, być może to wszystko, co miałem bezpowrotnie utracić jednak byłoby mi droższe niż miłość do ojczyzny i nienawiść, jaką czułem wobec komunistów; a może tym chętniej zgodziłbym się pozostawić za sobą swe dotychczasowe życie, poświęcając je niczym ofiarę na ołtarzu Wuja Sama. Tak czy inaczej, decyzja została przeze mnie podjęta bez namysłu, podobnie postąpiła reszta oddziału. Tego samego wieczora zamiast na kolację udaliśmy się do kompleksu medycznego, gdzie mieliśmy zostać poddani działaniu serum.

Białe kitle lekarzy zawsze budziły we mnie zaufanie, nawet jako dziecko nie bałem się dentysty, a jednak przemierzając białe korytarze oświetlone zimnym blaskiem jarzeniówek, czułem się dziwnie nieswojo. Byłem żołnierzem, nic mi nie dolegało, całe to otoczenie wydawało mi się jakby nie na miejscu. W jednej z szeregu identycznych sal przebrałem się w szpitalną piżamę, i leżąc na kozetce zostałem podłączony do dziwnego aparatu. Pielęgniarz wytłumaczył mi, że aby osłabić siły obronne organizmu, próbującego zwalczyć serum, należy najpierw usunąć z ustroju nieco krwi, aby system odpornościowy nie zniweczył wpływu specyfiku. Wpatrując się w czerwony płyn wypływający z mego ciała przezroczystymi rurkami zastanawiałem się, ile krwi można ze mnie wypompować, zanim umrę, i czy doktor nie zbliża się niebezpiecznie do tej granicy. Zanim kogokolwiek zdołałem powiadomić o moich obawach, pogrążyłem się w otchłani nieświadomości, w ostatnim przebłysku rejestrując jeszcze igłę wbijającą się w moje ramię...

I wtedy przyszedł ból. Niekończąca się agonia szarpiąca wszystkie końcówki nerwów, spalająca skórę potokami kwasu, wyostrzająca zmysły do granic możliwości; potworna, nieukojona męczarnia. Nie mam pojęcia, jak długo trwał ten potworny stan, ale kiedy doszedłem do siebie na tyle, że byłem w stanie dołączyć do pozostałych członków mojego oddziału, ich trening trwał już od dwóch dni. A właściwie powinienem powiedzieć - dwóch nocy. Jednym z ubocznych efektów działania serum była niespotykana wrażliwość skóry na promieniowanie ultrafioletowe, zmuszająca nas do skrywania się przed światłem słońca, i wyłącznie nocnej aktywności. Najwyraźniej u mnie ta wrażliwość przekroczyła wszelkie granice, sprawiając, że moja skóra całkowicie obumarła nawet pod wpływem sztucznego światła, nadając mi odrażający, trupi wygląd, zaś ciało wystawione na działanie promieni Słońca w ciągu krótkiego czasu mogłoby ulec straszliwym, śmiertelnymwręcz poparzeniom. Nic dziwnego, że koledzy z oddziału szybko zaczęli mnie nazywać 'Frankenstein'. Zresztą i tak mogłem mówić o sporym szczęściu - trzech żołnierzy nie przeżyło podania serum. Być może stracili zbyt dużą ilość krwi, lub przeciwnie - ich organizmy nie zostały dostatecznie osłabione, i układ odpornościowy walcząc z działaniem środka doprowadził do ich śmierci.

Następne kilka tygodni spędziliśmy poznając nowych towarzyszy broni, i ucząc się w pełni wykorzystywać możliwości, jakie dawały nam nasze odmienione przez serum ciała i umysły. Oddział, w którego skład wchodziłem składał się z czterech osób, i został oznaczony kryptonimem 'Kappa'. Nie mam pojęcia, czy poza drugą grupą żołnierzy stacjonujących w bazie istniały jakieś inne jednostki, których członkowie zostali poddani działaniu specyfiku doktora, ale coś mówi mi, ze nikt z twardogłowych wojskowych nie oznaczałby grupy znakiem ze środka alfabetu, gdyby wszystkie wcześniejsze litery nie zostały już wykorzystane.

Naszym dowódcą był sierżant Anthony Tanesca, potomek włoskich emigrantów z Bronksu. Z całą pewnością nie uznałbym go za człowieka, którego chcielibyście widzieć jako narzeczonego swojej siostry, jeśli wiecie co mam na myśli, ale dałby się za nas posiekać, i mogliśmy być pewni, że nawet jeśli wpakuje nas w jakieś tarapaty, to zrobiłby wszystko, żebyśmy wyszli z nich cało. 'Tony T.' po swoich przodkach odziedziczył gorącą sycylijską krew, i zawsze łatwo było go sprowokować. Chociaż teoretycznie dowodził naszą grupą, lubiliśmy go wkurzać, nazywając go 'makaroniarzem' albo 'mafioso', przynajmniej dopóki nie przekonaliśmy się na własnej skórze, że serum obdarzyło go większą niż u kogokolwiek z nas siłą i szybkością. Jeszcze zanim któryś z nas skończył wymawiać słowo 'makaroniarz', Tony już był przy nim, celnymi uderzeniami twardych jak młoty pięści łamiąc mu żebra. Owszem, regularnie zażywając serum mogliśmy bez trudu leczyć nawet najpoważniejsze rany, ale potrzaskane kości to nadal nic przyjemnego. Właśnie - serum miało jeszcze jedną zdumiewającą właściwość: zupełnie pozbawiało nas potrzeby jedzenia czy picia. Wystarczyło, że co dwa - trzy dni doktor aplikował nam kolejną dawkę (dla niepoznaki serum dostarczano do naszej bazy w pojemnikach oznaczonych jako krew do transfuzji), i byliśmy w stanie bez problemów funkcjonować.

Drugim z członków grupy był szeregowy Michael Collins. W normalnym plutonie 'Mały Mike' byłby zapewne maskotką oddziału, ze swoimi złotymi lokami i chłopięcą urodą. Miał w sobie coś co sprawiało, że po prostu nie dało się go nie lubić, nawet kiedy oszukiwał w kartach. Regularnie wygrywał od nas prawie cały żołd, i chwalił się, że kiedy tylko wojna dobiegnie końca, puści z torbami wszystkie kasyna w Las Vegas. Niewielki wzrost i nadludzka wprost spostrzegawczość czyniły z niego niezwykle skutecznego zwiadowcę. Mike był w stanie z odległości kilku kilometrów wypatrzyć snajpera, dostrzec najlepiej zamaskowaną minę, zauważyć zasadzkę, zanim jeszcze podeszliśmy do niej na zasięg strzału. Czasem tylko zatrzymywał się nagle i wyglądał nie wiadomo czego; więcej niż raz, gdy już mieliśmy ostrzelać obserwowane przez niego gałęzie drzewa myśląc, że czai się wśród nich wietnamski snajper, on spokojnie dawał nam znać, że teren jest bezpieczny i możemy ruszać dalej. Chociaż w sumie, w dżungli nigdy nie można być zbyt ostrożnym.

Ostatnim z moich towarzyszy był starszy szeregowy Francis Mantle. Frank pochodził z Arizony, i czasem myślę, że jego rodziców musiało łączyć bliskie pokrewieństwo. Mantle był, no cóż, dziwny. Skradał się nie gorzej ode mnie, a celności mógłby mu pozazdrościć Wilhelm Tell do spółki z Davy'm Croketem, ale było w nim coś, co zmuszało do poważnego zastanowienia się, czy facet na pewno ma wszystkie klepki na miejscu. Czasami gadał coś do siebie, czasem też zdarzało mu się popaść w niemal katatoniczne odrętwienie, z którego nie wychodził przez całe godziny. Na szczęście nigdy nie na akcji, co to to nie, ale gdyby kiedyś coś takiego zdarzyło mu się gdzieś w dżungli, to nie wiem, czy Tony nie kazałby nam taszczyć go z powrotem do bazy.

Teraz pewnie wypadałoby powiedzieć parę słów o sobie. Starszy szeregowy Andrew... nie, lepiej żebyście nie znali mojego prawdziwego nazwiska; zresztą, możecie je znaleźć obok innych, wyryte na granitowej tablicy w Parku Waszyngtona. Tak, oficjalnie zaginąłem w akcji w '73, podobnie jak wszyscy ludzie uczestniczący w tym projekcie. Nikt nie zadał sobie trudu by sprawdzić, czy rzeczywiście zginęliśmy, czy może któryś z nas zdołał przetrwać; po prostu pozostawiono nas w środku dżungli, kolejne kilka numerków w rubryce 'zaginiony'.

Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych chwil, wszystko wydaje się być jakimś koszmarnym snem, z którego zaraz się obudzę. Wracaliśmy właśnie z kolejnej akcji, kiedy Mike zauważył coś niepokojącego, wsłuchując się w złowieszczo wiszącą w powietrzu ciszę. Na lądowisku, z którego mieliśmy zostać przetransportowani do bazy, nikt na nas nie oczekiwał, nie słychać było znajomego łoskotu śmigieł helikoptera! Chociaż nie traciliśmy nadziei, ze ktoś po nas przyleci, wraz z upływającymi godzinami stawało się oczywiste, że jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Całe mile za linią wroga, z resztkami amunicji, bez jakiegokolwiek środka transportu. Nie wiem, w jaki sposób zdołaliśmy dotrzeć do bazy, z całej wędrówki, która musiała nam zająć kilka nocy, pamiętam jedynie niewyraźne przebłyski. Pamiętam, że zagrzebywaliśmy się w cuchnącym mule, chroniąc się przed palącymi promieniami Słońca; pamiętam, że walczyliśmy z patrolem VietCongu, choć nie mam pojęcia, jakim cudem nie zginęliśmy wówczas; choć pamiętam tak niewiele, to i tak więcej, niż pragnę zachować w pamięci...

Kiedy wreszcie zbliżyliśmy się do zabudowań jednostki, w nozdrza uderzył nas odór spalenizny. Na tle jaśniejących gwiazd ostro rysowały się ruiny miejsca, które przez ostatnie miesiące było naszym domem. Ktoś zadał sobie sporo trudu, by dokładnie i metodycznie zniszczyć wszystkie budynki, nigdzie nie znaleźliśmy także śladu amerkańskiego personelu, tylko potwornie okaleczone ciała pracujących w bazie Wietnamczyków. Jeden z nich, mimo strasznych ran żył jeszcze, ale przerażające wydarzenia, jakich był świadkiem kompletnie pomieszały mu zmysły. Nie był w stanie odpowiedzieć na żadne z pytań, jakie mu zadawaliśmy, nie jestem pewien, czy w ogóle nas poznawał, czy też widział w nas swych oprawców. Chociaż opatrzyliśmy jego rany, zmarł wkrótce po naszym przybyciu, do samego końca bełkocząc coś nieskładnie; jedyne co zdołaliśmy z tego zrozumieć, to wciąż powtarzane Ma Qui - duch. Duchy miałyby dokonać tych zniszczeń? Uprowadzić mieszkańców bazy? To zwyczajnie nie miało sensu.

Nic już nie trzymało nas wśród wygasłych zgliszczy, skierowaliśmy się więc w stronę, gdzie, jak sądziliśmy, znajdowało się większe zgrupowanie armii amerykańskiej. Tam zamierzaliśmy się skontaktować z kimś z dowództwa, wyjaśnić choć trochę naszą sytuację, i co najważniejsze, zdobyć kolejną dawkę serum - kto wie, jakie skutki mogłoby mieć zbyt długie pozbawianie organizmu życiodajnej substancji?

W porównaniu z dotarciem do naszej bazy, przedostanie się do stacjonującej w pobliżu jednostki było dziecinnie proste. Znajdowaliśmy się przecież na naszym terenie, tu nie musieliśmy obawiać się patroli komunistów, a każdy napotkany oddział byłby dla nas wybawieniem. Niestety, kiedy cokolwiek może pójść źle, to zawsze stanie się to w najbardziej niesprzyjającym momencie - Frank popadł w katatoniczne odrętwienie, zanim jeszcze zdążyliśmy zbliżyć się do miejsca, w którym powinna znajdować się jednostka. Było oczywiste, że nie uda nam się dotrzeć tam przed świtem, a przecież nie mogliśmy porzucić towarzysza broni. Zdecydowaliśmy, że ja i Mike zostaniemy, by go pilnować, a Tony jak najszybciej postara się dotrzeć na miejsce i sprowadzić dla nas pomoc.

Gdy niebo na wschodzie zaczęło się już różowić, a Tanesca nadal nie wracał, ogarnęły nas najgorsze przeczucia - może wszedł na minę; może ustrzelił go snajper; może trafił na nadgorliwego oficera - służbistę, i musi teraz wypełniać stosy dokumentów; może... Czekając na jego powrót ukryliśmy się w gęstej ściółce, modląc się, by powrócił jak najszybciej.

Tony pojawił się wkrótce po zmierzchu, ale był sam, a po jego minie poznaliśmy, że nie przynosi nam dobrych wieści. Zostaliśmy - powiedział - oskarżeni o zdradę, i na nas miano zrzucić odpowiedzialność za to, co stało się z bazą. Musieliśmy uciekać, ukryć się gdzieś, gdzie nikt nie będzie nas szukać. I wtedy właśnie Mike wpadł na pomysł tak obłędny, że musiał się powieść - dlaczego nie zakraść się na jeden z okrętów wracających do Stanów? Ewakuacja wojsk jeszcze nie osiągnęła swojego apogeum, ale coraz więcej żołnierzy powracało do domu; ukrycie się wśród nich, albo w wywożonym sprzęcie było ryzykowne, ale mogło się udać - w końcu dysponowaliśmy nie tylko świetnym wyszkoleniem, ale także nadludzkimi zdolnościami, którymi obdarzyło nas serum.

Nie będę opisywał trwającej całe tygodnie podróży, ciągłego zmieniania kryjówek, zabawy w kotka i myszkę z naszymi własnymi żołnierzami; ale wtedy po raz pierwszy przydarzyło mi się coś co, jak się okazało, prześladuje nas po dziś dzień - zgubiłem czas. Po prostu nagle stwierdziłem, że nie mam absolutnie żadnego pojęcia, co robiłem przez ostatnie dwie godziny. Co gorsza, żaden z moich kolegów także nie mógł mi tego powiedzieć - by zmniejszyć ryzyko wykrycia, każdy z nas na własną rękę szukał dla siebie kryjówki, wszyscy razem mieliśmy się spotkać dopiero po dotarciu do Ameryki.

Kiedy wreszcie stanęliśmy na ojczystej ziemi, musieliśmy zadać sobie pytanie: co dalej? Nie mogliśmy wrócić do naszych rodzin - gdyby ktoś z sąsiadów nas zauważył, niechybnie stanęlibyśmy przed sądem wojskowym za zdradę, dezercję, i Bóg wie co jeszcze. Już lepiej pozostać uznanym za zaginionego w akcji. Postanowiliśmy się rozdzielić, ustalając kilka skrzynek kontaktowych, przez które mieliśmy utrzymywać chociaż sporadyczną łączność. Od tamtej chwili minęło już wiele lat, ale nadal, o ile to możliwe, staramy się być w kontakcie. Nasze losy potoczyły się bardzo różnie, czasem mieliśmy więcej, czasem mniej szczęścia, czasem któremuś z nas podwinęła się noga. Tony wyjechał do Chicago, gdzie rozwinął nieźle prosperujący biznes. Urząd skarbowy i federalni podobno wytoczyli mu kilka spraw o oszustwa podatkowe, ale dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy świadkowie albo tuż przed rozprawą zmieniali zeznania, albo przytrafiały im się bardzonieszczęśliwe wypadki.

Collins wreszcie zrealizował swoje wielkie marzenie i został królem Las Vegas. Szybko dorobił się małej fortuny, równie szybko wszystkie większe kasyna miały go na pierwszym miejscu swojej czarnej listy. Teraz mieszka w Los Angeles i żyje z procentów od kilku lokat w banku na Kajmanach.

Frank przez jakiś czas podróżował po całych Stanach, zarobił i stracił sporo kasy, ostatnio osiadł w jakiejś prywatnej klinice, najwyraźniej postanowił wreszcie coś zrobić z tymi napadami katatonii.

Natomiast ja... chyba najciężej jest mi mówić o sobie. No cóż, właściwie całe swoje dorosłe życie spędziłem w wojsku, na niewielu rzeczach znam się tak dobrze jak na pociąganiu za spust; cóż więc miałem rozbić - zostałem cynglem. Dość szybko wyrobiłem sobie renomę - nikt tak sprawnie jak ja nie potrafił zakraść się do ofiary, a po wykonaniu zadania bezszelestnie rozpłynąć się w mroku. Zawsze starałem się też, by zleceniodawca nie widział mojej twarzy - dzięki temu zyskałem sobie opinię wyjątkowo ostrożnego i zapobiegliwego. Renoma, na jaką zasłużyłem zapewniła mi bezpieczeństwo; nikt nie odważył się mnie okantować. No, z jednym wyjątkiem, ale ten frajer już nikogo nie oszuka, a ja postarałem się, by w półświatku szybko rozeszło się, jak kończą moi klienci, którzy okazali się niesolidni. W ciągu ponad dwudziestu lat działalności kilkakrotnie zmieniałem tożsamość i miejsce pobytu, ostatnio osiedliłem się w Nowym Jorku i przybrałem nazwisko Stone. Frank Stone - aż nazbyt czytelna aluzja do wiktoriańskiego chirurga, od którego wziąłem swój przydomek w oddziale.

I na tym właściwie mógłbym skończyć. Moje nowe życie biegło spokojnym rytmem, wyznaczanym przez kolejne zlecenia; wprawdzie co jakiś czas zdarzało mi się tracić kilka godzin z życia, ale nie częściej niż co tydzień, dwa. Z tego co wiem, innym też zdarzały się tego typu 'zaćmienia' zresztą tego typu przypadłości są podobno czymś dosyć często spotykanym u weteranów z Wietnamu. Mógłbym skonczyć, ale w ciągu ostatnich trzech dni zdarzyły się dwie niecodzienne rzeczy. Najpierw w lokalnych wiadomościach zobaczyłem zdjęcie mężczyzny, którego ciało wyłowiono z poderżniętym gardłem z rzeki Hudson. Choć zmienił się nieco, włosy miał mocno przerzedzone, a twarz opuchniętą od przebywania w wodzie, natychmiast rozpoznałem w nim jednego z asystentów doktora Quagrunnera. Więc jednak ktoś zdołał przeżyć zniszczenie naszej bazy! Zanim zdążyłem poinformować o tym chłopaków, dotarła do mnie wiadomość od Tony'ego. Ktoś podpalił klinikę, w której leczył się Mantle; z pożaru nie ocalał żaden z pensjonariuszy. Mamy przybyć do Chicago tak szybko jak to możliwe, jeśli nie połączymy sił, ktokolwiek chce zatrzeć ślady eksperymentów doktora, wykończy nas jednego po drugim.

Muszę się śpieszyć, za dwadzieścia minut odjeżdża ekspres. Torbę mam już spakowaną, jeszcze tylko owinąć głowę grubym szalem, i już jestem gotowy. Banknot wsunięty w dłoń konduktorowi sprawi, że do samego Chicago nikt nawet nie zajrzy do mojego przedziału. Na miejsce powinienem dotrzeć godzinę przed świtem - dość czasu, by złapać taksówkę i dojechać do Tony'ego. Musimy we trójkę stawić czoła temu, przed czym zdołaliśmy umknąć w dżungli tak wiele lat temu...

---------------------------------------------------------------------------

Chyba każdy z nas spotkał się z odmiennym od podręcznikowego prowadzeniem Wampira. Z Wampirem, w którym nie było klanów, a gracze sami wybierali wedle uznania Dyscypliny swoich postaci; może z Wampirem, w którym nie było pokoleń, zaś o potędze Kainity decydował wyłącznie jego wiek; albo z Wampirem, w którym nigdy nie powstał Sabat ani Camarilla, i członkowie wszystkich klanów koegzystowali mniej lub bardziej pokojowo. A dlaczego nie pójść o krok dalej, i nie spróbować poprowadzić Wampira bez... wampirów? Poprowadzić przygodę, w której bohaterowie nie będą potomkami Kaina, lecz efektem nie do końca legalnych eksperymentów przeprowadzanych przez rząd i armię; w której ich nieumarły stan nie będzie skutkiem nałożonej wieki temu klątwy, ale rezultatem działania tajemniczego serum wynalezionego przez niezupełnie normalnego naukowca?

Powyższy tekst jest właśnie szkieletem takiego scenariusza. Gracze wcielają się w nim w członków amerykańskiej armii, weteranów wojny w Wietnamie, którzy uczestniczyli w specjalnym programie mającym na celu stworzenie super - żołnierzy. Teraz, ponad ćwierć wieku od zakończenia konfliktu w Indochinach, muszą wspólnie obronić się przed kimś (czymś?) kto najwyraźniej stara się zniszczyć wszelkie pozostałości projektu.

Nawet (zwłaszcza) jeśli gracze obeznani są z systemem Wampir: Maskarada, zalecane jest, by na potrzeby tej przygody postacie stworzył im Narrator. Nie tylko zapewni to, że bohaterowie będą wyposażeni w zdolności, jakie powinni zdobyć podczas treningu w dżungli (Krycie się, Broń palna, Sztuka przetrwania, znajomość języka wietnamskiego), ale także zapobiegnie posiadaniu przez nich mocy, których nie dałoby się wytłumaczyć zwiększeniem przez serum wydolności ich ciał i umysłów, jak na przykład Taumaturgii lub wyższych (3+) poziomów Transformacji. Oczywiście jeśli prowadzący nie chciałby modyfikować przedstawionej przeze mnie historii i zaprezentować ją graczom w podanym kształcie jako wprowadzenie do scenariusza, pozwolę sobie opisać pokrótce występujących w niej bohaterów.

Starszy szeregowy Andrew 'Frankenstein' Johnson - Nosferatu, sugerowane Dyscypliny to Niewidoczność 2 i Potencja 1; inne istotne Cechy to Cwaniactwo, Krycie się, Sztuka przetrwania i Kontakty. Jako jedyna z postaci wie o znalezieniu ciała jednego ze współpracowników doktora.

Sierżant Anthony 'Tony T.' Tanesca - Brujah, sugerowane Dyscypliny to Akceleracja i Potencja w dowolnej kombinacji; inne istotne Cechy to Zastraszanie, Bójka, Finanse i Wpływy. O czym inne postacie nie mają pojęcia, przepytywany przez oficera po dotarciu do amerykańskiej jednostki stracił nad sobą panowanie i zabił go, po czym w szale wyssał z niego krew. Jako jedyny zdaje sobie sprawę, że członkom oddziału podawano ludzką krew, a podczas 'zaćmień' jego koledzy najprawdopodobniej nieświadomie polują na ludzi, by wypić z ich żył życiodajny płyn. Badał również działanie swojej poddanej wpływowi serum krwi na organizmy zwykłych ludzi, pojąc nią dwójkę swoich ochroniarzy (Świta 2).

Szeregowy Michael 'Mały Mike' Collins - Torreador, sugerowane Dyscypliny to Nadwrażliwość 2 i Prezencja 1; inne istotne cechy to Czujność, Przebiegłość (do oszukiwania w kartach), Sztuka Przetrwania (specjalizacja - tropienie) i Mienie. Poza tym, w odróżnieniu od pozostałych postaci, pierwszorzędne są u niego Atrybuty nie Fizyczne, lecz Społeczne (Wygląd!).

Przy opisywaniu graczom ich postaci należy za wszelką cenę unikać używania nazw i określeń odnoszących się stricte do wampirzej mechaniki i przedstawionego w podręczniku obrazu świata Kainitów. Zamiast klanu na karcie postaci można wpisać graczom nazwę jednostki, w jakiej służyli bohaterowie ('Kappa'), zamiast Pokolenia - ich stopień wojskowy. Także wszelkie adnotacje dotyczące posiadanych aktualnie przez postać Punktów Krwi powinny być dokonywane przez Narratora w taki sposób, by gracze nie mogli być pewni, jak wiele mają ich jeszcze do dyspozycji. Dopiero gdy ich liczba spadnie niebezpiecznie nisko (do trzech lub mniej), poinformuj gracza, że właśnie urwał mu się film, a pozostałych graczy - że ich towarzysz pobiegł gdzieś w dal, i znikł im z oczu (postacie będą się starały polować na samotnych przechodniów i kontrolują się na tyle, że nie będą się pożywiać w obecności osób trzecich, - nawet kolegów z oddziału).

Na koniec trzebaby uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, komu postacie graczy będą musiały stawić czoła, kto odpowiada za zniszczenie bazy i niedawną śmierć ich kolegi - otóż tutaj pozostawiam każdemu Narratorowi szerokie pole do popisu i szansę wykazania nieco własnej inwencji; nie wspominając już, że nie zamierzam, psuć zabawy czytelnikom, którzy kiedyś mieliby wziąć udział w tym scenariuszu. Poniżej przedstawię jedynie kilka propozycji, które każdy prowadzący może wykorzystać wedle własnego uznania. Przeciwnikami bohaterów mogą być:

Łowcy: Niezależnie od tego, czy Narrator dysponuje Podręcznikiem Łowcy, systemem Hunter: the Reckoning, czy dodatkiem Łowca Demonów X, przeciwnicy postaci mogą zajmować się tępieniem bluźnierczych tworów doktora, lub też mścić się za cierpienia, jakich doznali ich ziomkowie od amerykańskich żołnierzy.

Rodzina Wschodu: Europejskie wampiry są jedynie mitem, ale czy tak samo musi być z ich dalekowschodnimi odpowiednikami? A może wietnamscy naukowcy także opracowali środek obdarzający żołnierzy VietCongu nadludzkimi mocami?

Wilkołaki: Wojownicy Gai nie są tak liczni w dalekim Oriencie, jak w Europie czy Północnej Ameryce, ale Patrzący w Gwiazdy od zawsze strzegli Azji przed żmijowym zepsuciem. Prowadzone przez armię eksperymenty zbyt skażone są piętnem Plugawca, by pozwolić ich efektom kalać oblicze Matki.

Wampiry: czy postacie graczy są jedynymi ocalałymi obiektami badań doktora? A może członkowie jednego z innych oddziałów uznali, że jedynie oni są godni posiadania nadludzkich mocy, jakimi obdarzyło ich serum, i postanowili zniszczyć wszystkich, którzy mogliby stanowić dla nich zagrożenie? (By stanowili oni dla postaci graczy większe wyzwanie, sugerowałbym wykreowanie ich według reguł opisanych w podręczniku Przewodnik Gracza: Sabat.)

Magowie: A co, jeśli doktor Quagrunner był Przebudzonym, a przemiana żołnierzy w nadludzi - efektem działania magyi? Zniszczenie jego laboratorium i całej bazy mogło być skutkiem działania Paradoksu, zaś ostatnie wydarzenia - podjętą przez Technokrację próbą ochrony Śpiących przed zetknięciem z czymkolwiek, co mogłoby zachwiać istniejącym Paradygmatem.

Upiory: Może umierający Wietnamczyk miał rację, i za zniszczenie bazy rzeczywiście odpowiadają duchy? Postacie graczy miały mnóstwo okazji, by zasłużyć sobie na gniew upiorów; z całą pewnością niejeden z zabitych przez nich żołnierzy VietCongu pała żądzą zemsty nawet po śmierci.

Jeśli ktokolwiek z czytelników zdecyduje się poprowadzić przygodę według zaproponowanego przeze mnie pomysłu, z niecierpliwością czekam na ewentualne uwagi.

Artykuł pierwotnie ukazał się w magazynie internetowym Incubus.
Do magazynu instrnetowego "Incubus"