Ostatnia aktualizacja: 30 października 2004
Autor: Urwena
I.
No, bo wam się wydaje, że to takie proste.
Opowiedz historię, Świrze. Historia ma początek, środek i koniec. Po prostu napisz po kolei, co było. Proste.
Otóż nie, panie Diable, to nie jest proste i początek nie zawsze jest pierwszy, czasem nawet jest na końcu i nie zawsze woda przed zmąceniem jest wyraźniejsza niż po.
Ostatnie zdanie jest genialnym dowodem, na to, że Świry nie powinny używać metafor.
Zdaje mi się, że problemem jest sposób postrzegania. Patrząc na te same rzeczy widzimy coś innego. Spójrz na niebo nocą. Co widzisz? Gwiazdozbiory, rysunki, świecące kryształki lodu czy innego gówna? Ja widzę karuzelę. Czasem nawet czuję jej pęd.
Ale to nie należy do historii.
Zastanawiasz się pewnie, o co szło z tą wodą.
Wytłumaczę. Przed TYM miałam umysł jasny, ziarna poznania i chaosu leżały zakopane głęboko pod górą codziennych doświadczeń. Wszystko było proste, jasne, logiczne.
Po TYM świat zmienił się w bezsensowną mozaikę wrażeń. Stał się niepojętym, wspaniałym NICZYM. I to jest właśnie piękne.
Na logikę lepiej powinnam pamiętać to "przed", ale ni w chuja.
Są w mojej głowie jakieś wycinki, obrazy, jak gęba tego gnojka, co mnie próbował macać pod wiaduktami. Się przeliczył; za zwinna dupcia dla niego byłam, a szramy po szponach przez tydzień jeszcze potem nosił.
I potem oni mówili, że jedni to nosa wysoko zadzierają, a ja dupę za wysoko noszę. I prawda. Nieraz taki patrzy w górę a tam moja dupcia nad dachami śmiga. Bo dzika to ja zawsze byłam.
No, ale przedstawmy może jakąś w miarę spójną genezę tych wszystkich wydarzeń.
Moja matka była dziwką. Urodziła mnie jak miała siedemnaście lat i od tego czasu ciągała ze sobą po chyba wszystkich burdelach Nowego Yorku.
Z wczesnego dzieciństwa nie pamiętam wiele, wiem jednak, że starała się chronić mnie przed świadomością swojego upodlenia.
Tak już mają wszystkie dzieciate dziwki; robią wszystko, by ich córki zostały jak najdłużej niewinne, nietknięte. Nawiasem mówiąc, może to być źródłem późniejszych poważnych frustracji na tle seksualnym.
Ale dość już dywagacji.
Do tematu.
Pamiętam jak mama miała mieć dzidziusia i była z tego powodu bardzo smutna. Patrzyła na mnie tak dziwnie i często krzyczała, i mówiła, że się interes psuje, i że nie chce drugiego bachora na utrzymanie. I bardzo często mówiła o kimś "ten kutas".
A brzuch jej rósł. I ja wiedziałam, że to będzie siostrzyczka.
Jednej nocy mama tak jakoś jęczała i krew spływała jej między nogami. Krew i coś jeszcze.
Mama schowała to coś do reklamówki, otarła z twarzy pot, krew i chyba łzy, a potem wzięła mnie za rękę i poszłyśmy na wysypisko.
Mruczała, że nie wolno ryzykować, że ktoś znajdzie.
Bardzo strasznie było tam w nocy i wiedziałam, że coś jest nie dobrze, nawet bardziej; bardzo źle. Zaczęłam płakać. Ona powiedziała, że jak się nie zamknę to się od razu dwóch pozbędzie. Nie wiem, o co chodziło, ale powiedziała to tak strasznie, że ucichłam.
I już wiedziałam, że nie będę miała siostrzyczki.
Dwa tygodnie później miałam ósme urodziny. Dostałam tort i klocki, i samolocik, i lalkę (ale Barbie, a takich nie lubię), i wszystkie ciocie śpiewały mi "sto lat". Było bardzo fajnie.
Tego samego dnia poszłam na podwórko się pobawić. Jak przechodziłam koło śmietnika, zobaczyłam, że spod pokrywy wysuwa się ręka. Taka malutka, dziecięca.
-Klaudynka?- zawołałam szczęśliwa, że ja znalazłam (tak nazwałam siostrzyczkę), ale to była tylko lalka. I tak ją wzięłam. Dobrze było chociaż poudawać, że to ona.
Myślę, że to właśnie te wydarzenia zadecydowały o moim przyszłym losie. W prawdzie w końcu przestałam udawać, że lalka jest owym poronionym płodem, jednakże piętno jakie wywarła na mnie ohyda tamtej nocy pozostawało niezatarte mimo upływu lat.
Zwłaszcza, że w końcu odnalazłam siostrę.
Edukację zakończyłam (przynajmniej wtedy) na podstawówce.
Matka zawsze bardzo pilnowała, żebym się uczyła. Sama nie miała nawet matury, więc była to z jej strony jakaś tam próba samorealizacji, ja jednakże nigdy nie czułam pociągu do książek.
Niewiele mówiłam; pytana wlepiałam wielkie, przejrzyste oczęta w nauczycielkę i potakiwałam rytmicznie jej słowom. Miałam ją w dupie.
Miałam zresztą swój własny świat. W każdej nowej okolicy znajdowałam sobie jakąś odpowiednią grupę i bez zastanowienia, czy też pytania kogokolwiek o zgodę, przyłączałam się.
Zazwyczaj bardzo szybko zostawałam akceptowana i obdarzana mało oryginalnym przezwiskiem typu: "Mała", "Wiewióra", bądź "Chinka", jeśli zdecydowałam się przedstawić.
Aha, bo ja Asjah mam na imię.
No i co, że pretensjonalne? Moja matka dziwką była, miała prawo...
No ale do tematu.
Całe zamieszanie wyszło stąd, że Jerry koniecznie chciał mnie odprowadzić. Nie chodzi o to, że go nie lubiłam albo coś, po prostu nikomu nie pozwalałam wracać ze mną do domu. Czym, jak czym, ale mamusią chwalić się nie chciałam. No a on się uparł i ni w cholerę nie dał sobie przetłumaczyć.
No to tak; on prosi, ja mówię nie, potem wzdycham, wzruszając ramionami, odwracam się i chodu. Już mnie nie ma. Myk, myk, myk, jeden zakręt, drugi i spokój. Myślę.
A gówno. Odwracam się a on za mną. I jeszcze pyska szczerzy, że taki sprytny i w ogóle.
Takaś sztuka? To ja jeszcze lepiej. Nie biegnę. Przemykam. Ludzi nie sporo, ale też nie mało. Wieczór. Kluczę. Jedna uliczka, druga. Zaułek, w którym nie chciałabym być. Skręt w prawo, jeszcze raz. Nigdy tu nie byłam, ale nie martwię się, że się zgubię. Potem wejdę na dach i pójdę w stronę centrum. Nie zgubię się.
Jerry ciągle za mną.
Dach! Właśnie. Tu cię mam bratku. Skręcam nagle w ciemne, śmierdzące i bardzo obce miejsce. Schody pożarowe. Zaczajam się na półpiętrze. Nie ma prawa mnie widzieć.
Przysłaniam dłonią oczy. Tam jest światło, mogłyby mnie zdradzić. Jerry wbiega w uliczkę i rozgląda się zdezorientowany. Wychodzą z niej dwie drogi, obie równie mało przyjazne. Zastanawiał się przez chwilę, po czym pobiegł w lewo. Uśmiecham się zadowolona z siebie, czekam sekundkę czy dwie, po czym z wrodzoną gracją i błogim samozadowoleniem skaczę z powrotem na ziemię.
Cień. Wielki przytłaczający, z nikąd.
AAAAAA!!!!!
Krzyknęłam, ale tylko wewnątrz. Wielkie, błyszczące, złe oczy przykuły mnie do ziemi.
"Za mną" rozkazują "Obserwuj".
Wbrew sobie podążam za nim na galaretowatych nogach.
"Nie, proszę... błagam" skomlę w środku, przerażona jak nigdy w życiu. Cień znika w uliczce na lewo a ja stoję zapłakana, nie zdolna się poruszyć. Po chwili wraca, ciągnąc za sobą bezwładne ciało.
-Jerry!!- krzyczę naprawdę.- Nie!!!!
On nie zasłużył. On chciał tylko... Ja nie chcę, żeby umierał!!!! Zostaw go, błagam, proszę cię, proszę...
Spazmatyczny szloch zalewa mi gardło zanim uświadamiam sobie, że nie wydaję z siebie dźwięku.
-Nie... -zaskomliłam cichutko, osuwając się na ziemię.
Patrzyłam na twarz tego chłopca, który teraz, z mojej winy, leżał nieskończenie blady i spokojny na zaśmieconym chodniku. Był piękny. Miał takie wspaniałe włosy i miękkie wargi zastygłe teraz w smutnym uśmiechu.
Postać odsunęła się od niego, a ja podeszłam na kolanach, nie mogąc oprzeć się pokusie, by dotknąć tej anielskiej twarzy. Rozsunęłam palcami jego zbielałe wargi. Nie były jeszcze całkiem zimne.
Poczułam przemożne pragnienie i spojrzałam na mordercę, jakby pytając o pozwolenie. On skinął głową uśmiechając się obleśnie. Taki uśmiech widywałam u facetów patrzących na moją matkę.
Łzy ciekły mi z oczu nieprzerwaną strugą, ale to już nie był płacz.
Zbliżyłam się do twarzy chłopca. Jakiś ty piękny, miłości moja. Jakiś ty piękny.
Jeszcze raz dotknęłam jego warg opuszkami palców. Powoli je rozchyliłam. W środku był cieplejszy. Przysunęłam twarz do jego policzka.
Miękki, miękki, och, jak nieskończenie miękki.
Wysunęłam język.
Słodyczy moja!
Wsunęłam go do jago stygnących ust. Dotknęłam podniebienia. Teraz znów płakałam, ale jednocześnie, czułam się wtopiona w wszechogarniającą miłość, zawartą w tej śmierci.
Odsunęłam się i skuliłam na chodniku. To, co ze mnie dobiegało, to nie był już płacz. To był zwierzęcy skowyt.
Cień podchodzi do mnie. Chwyta mnie za włosy i unosi do góry. Będziemy leżeć oboje na tym chodniku. Nieskończenie szczęśliwi, nieskończenie razem w śmierci, obgryzani przez psy i szczury. Myślę.
Podniósł mnie. Przytulił do piersi, a ja zawisłam w jego ramionach wyczerpana do szczętu. Siada na krawężniku, gładząc moją głowę. Podnosi zakrwawioną ręką Jerrego, przysuwa pulsującą jeszcze ranę na nadgarstku i ściska ją palcami. Krew.
Odchyla moją głowę. Miłości moja. Myślę. O kim? O którym, z tych dwóch dających mi miłość? I krew. Którą on rozmazuje po mojej twarzy. Nie zlizuję. Jeszcze.
Zemdlałam wtedy, a on wziął mnie w ramiona i jak potem powiedział długo głaskał po twarzy, włosach... Nie mógł się nacieszyć. Znalazł wreszcie od tak dawna upragnione, wyczekiwane dziecko. Jego pierwsze. Jedyne.
Potem zaniósł mnie do domu.
Obudziłam się rano na wielkim, wygodnym łóżku, w dużym, ładnym pokoju. To nie był MÓJ dom. Oczywiście.
Wiem, o czym myślisz. Teraz będzie opisówka; bałam się, miałam nadzieję, że to był tylko koszmar, przed oczami miałam Jerrego i te takie głupoty.
Nie prawda. Nie bałam się, bo nic nie czułam, nie łudziłam się, że Cień był koszmarem, bo do pięt nie dorastał moim koszmarom, a przed oczami miałam...
No właśnie.
Przed oczami miałam księżyc, taki, jakim go widziałam po raz pierwszy. Nie będę się silić na poetyckie opisówki, ale założenie jest takie.
W mieście nie ma nocy; jest ciemność, będąca odmianą szarości, ale nocy nie ma.
Dzieci miasta nie widują gwiazd, a gdy zobaczą, albo odrzucają je od siebie jako coś nie ważnego, albo przyjmują je głęboko do serca, tak głęboko, że to piękno wtapia się w nie i staje się częścią ich duszy.
Nie muszę tłumaczyć, w której grupie się znajduję.
Zresztą nieważne.
Obudziwszy się leżałam chwilę, patrząc w sufit, po czym wstałam powoli i podeszłam do okna.
Nie, nie sprawdzałam czy drzwi były zamknięte (jeśli były, po co mi to wiedzieć, jeśli nie, to zdążę wyjść), czy nie ma innych dróg ucieczki i, że tak powiem et cetera. Po prostu wiedziałam, że jestem w jego władzy i, że szamotanie się z tego powodu było by stratą czasu i energii.
Za oknem było tak strasznie zwyczajnie, ludzie, samochody, drzewa i inne Dardanele.
Dyrdymały się znaczy.
No kuźwa chyba mogę się przejęzyczyć!!
Nie lubię cię. Słuchaj, miałeś trochę więcej szczęścia w życiu i trochę więcej czasu żeby to zajarzyć, ale to naprawdę nie znaczy, ze możesz teraz... A zresztą, wiesz, pierdolę to. Że tak archaizmu użyję; MAM CIĘ W RZYCI!! Co ty kurwa, ze swoją świętoszkowatością i protekcjonalizmem (tak, pięciosylabowe słowo) wiesz o życiu? Gówno, kał, ekskrement! To czym sobie tych swoich białych rączek nie chcesz pobrudzić! Wiesz o czym chcę ci teraz powiedzieć? O makabrze, nie o egzaltacji, o miłości do bólu, do krwi, a nie o "umysłowej fascynacji", nie o samorozwoju lecz o spokrewnieniu, nie o wiedzy lecz o poznaniu. Tym się różnimy, wiesz? Tam gdzie ty obserwujesz, ja rzucam się głową w dół, w głąb, na oślep, baz zastanowienia. Ty pewnie mądrzej robisz. Nie, nie płaczę!! Jestem Kainitą, pamiętasz? Potworem bez kurwa, serca jego mać.
Przepraszam, wiem, że jestem niesprawiedliwa.
Uhummm... Już dobrze. Na czym skończyłam?
I co z tego, że schizofrenia?!!
Na stole leżał obiad. Lepszy niż to co zwykle dostawałam w domu, ale i tak nie miałam apetytu. Zjadłam z uprzejmości.
Aha, drzwi były jednak zamknięte.
W ogóle to ten pokój był w jakimś wieżowcu, przez okno widziałam w oddali bliźniaki
World Trade Center. Przesiedziałam w nim jak się łatwo domyślić do wieczora.
Kiedy przyszedł do mnie znów siedziałam przy oknie, patrząc w księżyc. Nie zauważyłam jego przyjścia, więc przemówił i zasmucił się wyraźnie, widząc mój przestrach.
-Możesz wziąć prysznic... Jeśli chcesz oczywiście.- nie wiem czemu, ale skojarzył mi się chłopiec, który chcąc oswoić zwierzątko jest rozczarowany, że nie od razu daje się głaskać.
Nie chcę wam opisywać swoich uczuć tego wieczoru. Miałam totalny zamęt w głowie, cała sytuacja była koszmarnie dziwna i nielogiczna, a mimo to jego propozycja wydała mi się zupełnie naturalna.
Odsunął się od drzwi, żebym mogła przejść, ściągając jednocześnie z głowy kaptur.
Był śliczny, przynajmniej dla mnie wtedy i teraz. Półdługie włosy, pociągła twarz, wąskie, pobladłe wargi, odsłaniające idealnie białe, ostre kły. To chyba te kły nadawały jego twarzy wyraz niewinności i romantyzmu. Oprócz tego był wysoki i smukły, w długiej, czarnej kurtce z kapturem.
Patrzyłam na niego jak w obrazek.
-Idź.- powiedział uśmiechając się. Uśmiechał się nieprzyjemnie.
Zaprowadziłem ją do łazienki rozkoszując się wrażeniami płynącymi z jej ślicznej główki. Tak wspaniałych wzorów, fal i wirów nie odbierałem jeszcze od żadnego śmiertelnika. Najpiękniejsze z dzieci Malkava, oto, czym miała się stać. Nie zdawała sobie z tego jeszcze sprawy, ale gdzieś tam na dnie jej umysłu zaczynały kiełkować upragnione ziarna. Nie było w niej jeszcze szaleństwa, poza tym, co sam wywoływałem, ale pewne już było, że go nie uniknie. Marny byłby jej los, gdybym ją teraz zostawił. Straszny, lecz piękny jej los, gdy zawładnę nią już całkowicie.
Jak wyszłam spod prysznica, moich ubrań już nie było. Był wielki, puchowy ręcznik, ale ubrań nie było. Powoli zaczynałam panikować. Gorąca woda przywróciła mi trochę poczucia normalności, ale teraz znowu znalazłam się w niepokojąco znajomym, delirycznym koszmarze.
Zew. Owinęłam się ręcznikiem. Zew. Wołanie. Nawoływanie. Moje ciało ruszyło korytarzem. Głowa była zbyt otumaniona, żeby mieć z tym coś wspólnego.
On tam był. Piękny jak wąż.
Musisz coś zrozumieć. Powiedzieć, o mnie, że byłam wtedy dziewicą, to jak powiedzieć, że słońce zasadniczo nie jest zielone. Byłam dzieckiem, które rumieniło się, gdy miało pocałować mężczyznę w policzek. To, że on o tym wiedział nie zmieniało w żadnym stopniu tego, co miało nastąpić.
Oczywiście uśmiechał się, ni to złowieszczo, ni wyczekująco. Oczywiście leżał na łóżku. Oczywiście...
Zdejmij. Ręcznik opadł na podłogę. Nie aż tak chłodno jak by się można spodziewać.
Piękna... Właściwie nie mówi, ale słyszę. I nie piękna jak kobieta. Piękna tak jak piękne może być zwierzę. Jak koń za zgrabne pęciny.
Podchodzi. Przysuwa twarz do policzka. Specjalnie dla mnie oddycha. Dyszy. I jest ciepły. Bardzo.
Przesuwa ręką po karku. Ramionach. Piersiach.
Uczucia są moje. Wiem, nauczyłam się już rozpoznawać. On robi tylko, żebym nie uciekała. Uczuć jest dużo, tak dużo, że w zasadzie nie czuję nic. To tak jak kolory; wszystkie razem to czarny. Albo biały, jeśli to światło.
Ręka od szyi w dół kręgosłupa. Połóż się, Śliczna. On prosi. Uśmiech?
Kładę się na łóżku, on obok. Patrzy się mi w oczy. Uśmiecha się. Głaska mnie po włosach. Całuje w czoło. Moja Maleńka. Już dobrze. Moja... Miękkie włosy. Śliczna główka. Ciii, maleńka, ciii.
Leżymy. Godzinami.
Już późno, kochanie, prawie czwarta. Zaraz będę musiał iść. Jestem głodny. Zostań tutaj, prześpij się. Łazienka będzie otwarta... Będę tęsknił.
Patrzę na niego. Też...
Wiem... Śpij.
Nie będę nudzić o tym, co działo się w dzień.
Następnej nocy dotykał moich piersi.
Leżałam obok niego sztywna jak kłoda, jednak był to przyjemny dotyk. Było mi przykro, że musi iść.
Spędziliśmy tak razem siedem nocy.
Siedem nocy, podczas których czułam, jak coś we mnie dojrzewało. Wbrew temu, co myślisz, nie była to tylko kobiecość. Nie był to też tylko obłęd.
Siódmej nocy kochał mnie jak kobietę.
Nie musiał tego robić, jednak wiedział pewnie, do jakiej pasji doprowadzałaby mnie odrastająca po każdym stosunku błona dziewicza.
Kiedy skończył (mówię tu o Przemianie), nie miał dla mnie ani krwi, ani ludzkiej ofiary. Dał mi się napić z siebie, dodając, że więcej tego nie uczyni. Chciał, żebym kochała go jak ojca, nie zaś, by mnie od siebie uzależnić.
Płakałam wtedy.
Nad niewinnością, życiem, zmysłami?
Może. Najpewniej jednak, nad tym, że ta noc taka piękna a ja kocham cię Tato.
Nie mów "tato". Jestem twoim stwórcą, mistrzem i kochankiem, ale ojca nie masz, jak nigdy nie miałaś. Masz za to możliwość. A ona jest najcenniejsza.
II.
On nazywa się Malcolm i jest to imię, którym należy się do niego zwracać.
Jest megalomanem, o czym wiedzą wszyscy, gdyż nie reaguje na imiona inne niż Malkav. Mistrz Malkav.
Jest to ściema.
Jego megalomania ma dużo głębsze podłoże, ale ponieważ wszyscy wiedzą, że jest Świrem, czują się uspokojeni tą drobną manifestacją choroby.
Poza tym, im Świr mocniej szurnięty, tym mocniejszy, więc myślą, że słaby.
On ma w dupie imiona.
Malkav zdobył wiedzę i to prawdziwą, a tego zdrowy umysł nie udźwignie. Dlatego go nie ma (Malkava, nie mózgu).
Jego dzieci mają na wstępie szaleństwo jako amortyzację, tak na wszelki wypadek. Jakby się udało.
No i On wie, że komuś się uda, a On będzie Ojcem. Czyli znajdzie i odchowa. Może to ja, ale wtedy mnie straci.
I to jest szurnięcie, megalomania i mania (poszukiwawcza? Jakoś tak w każdym razie). Jak ktoś woli to misja i objawienie.
Uczył mnie wszystkiego, od tych dupereli, co się normalni uczą w szkołach, po rzeczy, których nie umiesz nawet ty. Nie jak panować tylko jak płynąć razem. Bo prawdziwe szaleństwo nie jest przeszkodą tylko przewodnikiem, a jak próbujesz kontrolować, to raz, że ci się nie uda, a dwa, że się wkurwi i będzie ci robić głupie żarty. Moje nazywa się Id. Nie dopasowuj do tego żadnych teorii, zwłaszcza freudowskich, po prostu nazywa się Id.
Lubię go.
Pomógł mi znaleźć Klaudynkę.
Ja i Malcolm jesteśmy dla siebie.
W innych okolicznościach można by powiedzieć, że się kochamy.
On jest bardzo mądry. I świetny w łóżku, bo kochamy się od czasu do czasu.
Co dzień śpimy razem, nie w trumnie tylko w wielkim łożu z czerwonym baldachimem, co stoi w jego pokoju bez okien. Czasem robimy się ciepli, tylko po to, żeby się wzajem ogrzewać.
Bardziej od seksu z nim lubię chyba tylko jak całuje mnie w czoło wieczorem, zanim idziemy coś zjeść.
Nie zabijamy, bo to jest sprzeczne z Drogą Oświecenia, której jeszcze nie rozumiem. Wytłumaczył mi już wcześniej, że Jerry zginął, bo ja tego potrzebowałam i za to też jestem mu wdzięczna.
A teraz przygotuj się na odrobinę brzydoty w postaci czystej i nieskażonej.
Malkaviańska metoda polowań:
Weź jedno, młode, wielkookie wampirzątko płci żeńskiej. Postaw je w bramie jakiejś ciemnej uliczce, każ wyglądać na ćpuna (co, gdy wampirzątko jest głodne nie jest rzeczą trudną).
Wampirzątko zaczepia pierwszego lepszego frajera, oferując zrobienie mu laski. Jeśli ten się opiera wampirzątko robi się przekonywujące, nie tylko dzięki stojącemu na dachu starszemu, który mąci frajerowi w głowie.
Gdy facet w końcu ulegnie malutka zaczyna od wylizywania krocza, po czym bez pieprzenia się z oralem wgryza się w najbliższą tętnicę. Facet ma jeden z największych orgazmów w życiu (i to bez wytrysku), więc nawet nie zauważa utraty połowy zawartości portfela, kiedy wyjmuje go by malutkiej zapłacić.
Uzyskane pieniądze starszy wampir przeznacza na dziwkę, którą wypija (nie do końca oczywiście) i zostawia zemdloną z wyczerpania orgazmem i utratą krwi.
Reszta pieniędzy idzie na ciuchy. I kino.
Za mieszkanie nie musimy płacić.
A to jest tylko jedna metoda.
Nad ranem wracaliśmy do domu przytuleni, całowaliśmy się na dobranoc i szliśmy spać.
Opowiedzieć o niej? Wiem, parę razy wspominałam... To będzie trudne.
Więc pewnej nocy zrobiliśmy sobie imprezę. No dobra libację. To było na początku i Id nie miał jeszcze całego ujścia, był więc niespokojny, a jak on, to ja też.
To było u jego znajomego, który nie był jak my. Chyba Brujah, ale nie tak nudny jak reszta z nich.
Było dużo alkoholu i, co ważniejsze, dużo pijanych śmiertelników. Przechodziłam z rąk do rąk, byłam oszołomiona, opita krwią, opita alkoholem, opita dotykami tych mężczyzn, które dla mnie, rozpalonej i prawie ŻYWEJ, były czymś najwspanialszym na świecie. Koło trzeciej byłam już pełna. Krwi, alkoholu, seksu, ekstazy.
Usiadłam z nim w kącie, przy stoliku. Było mi źle. Id buzował we mnie jak wstrząśnięta butelka coli.
Chodź ze mną mała, pomogę ci.
Proszę... ja już nie... To było skomlenie.
Chodź, pomogę.
Zobacz jaki jasny księżyc, jest pełnia, a już niedługo wzejdzie słońce. Chodź maleńka, dopóki księżyc, nie ma bólu, nie ma, nie ma...
Ona jest w domu i czeka, wiesz...
Wiem skarbie, sam ją tam przyprowadziłem. Długo trwało zanim ją znalazłem, ale już jest.
Jest? I będzie...
Tak, zostanie...
Na kominku stoi porcelanowa...
Porcelanowa piosenka...
Śliczna, porcelanowa buzia.
Białe buciki, białe sznurówki, białe rajstopki, sukienka zielona, zielona wstążeczka, zielony kapelusik, to ona, to ona, to ona być musi...
To ona... Klaudynko, to Asjah.
Wreszcie się odnalazłyśmy.
Cześć!!
Dzięki. Kocham cię, tat... Skarbie...
No i tyle. Odnalazłyśmy się i teraz zawsze jesteśmy razem. To chyba jedyna naprawdę radosna historia w tym opowiadaniu. Czekaj, czekaj... Będącym studium ludzkiego upadku pod wpływem narastającego szaleństwa.
Ładnie?
Jak się uczyliśmy, musiałam umieć takie głupoty.
A wiesz, teraz wszystko łatwiej mi wchodziło niż w szkole. Starczyło popatrzeć i rozumiałam, starczyło przeczytać i pamiętałam.
On mówi, że to dlatego, że jestem mocno szurnięta. Ale to chyba dobrze, no nie?
III.
Malcolm. Malcolm. Malcolm...
Upajam się tym imieniem, jak moja matka kiedyś wódką. Malcolm, kochanie...
Jak już mówiłam, uczył mnie. O nudnych i niepotrzebnych właściwie rzeczach opowiadać nie będę, o słodki powierniku z samego dna piekieł, wiedz jednakże, że słowa jego jak najsłodsza muzyka w moich uszach brzmiały, a głos jego ponad wszelkie inne dźwięki hołubiłam w małym, rozkochanym do granic możliwości serduszku.
Jakże piękne były chwile, w których siedział przy oknie, spowity światłem księżyca jak srebrnym płaszczem i nauczał mnie, o tym, co ważne i tym, co błahe, niczym liść goniony wiatrem, tańczącym między drzewami parku.
Nieraz wspominam nieodmiennie wzruszający błysk światła odbitego w jego złych, kochających oczach.
Nauczył mnie dekalogu. Jest on w zasadzie niepisany, jednak postaram się powiedzieć, żebyś zrozumiał.
Więc...
Albo nie, nie chce mi się.
Nie jesteś z naszych, nie jesteś szalony. Na co ci ścieżka Malkava?
Ciekawość to za mały powód.
Opowiem ci za to, jak uniknęłam trzeciego grzechu.
Bo wiesz, trzeci grzech, albo prędzej przykazanie, to jest to, czego wy w nas nie trawicie. Różnica znowu głównie w nazewnictwie. Wy mówicie "wygłupy", my mówimy "możliwości". Co więcej możliwości "auto-rozwoju na drodze ku ostatecznej prawdzie".
Frajda idzie tylko przy okazji.
Bo widzisz, jak już przyjmiesz szaleństwo, to nie możesz się opierać, ono samo ci powie, co dobre, co złe, ale nie możesz odmawiać. Albo dajesz się prowadzić całkowicie, albo wcale.
No i po pewnym czasie zaczyna się coś dziwnego z twoimi oczami, że nie widzisz tego, co jest, tylko to, co by było jakbyś to zrobił.
I jak nie zrobisz to, to jest właśnie grzech, bo na przykład Id zawsze podpowiada, co można i powinno się, a co można, ale potem nic nie będzie na plus, tylko przesrasz sobie u paru osób. A innym to nie Id, ale też wiedzą.
My widzimy możliwości rozwoju własnej osobowości, tam gdzie wy nie widzicie nic. Czasami nasze akcje są dla was niezrozumiałe i głupie, ale wynika to stąd, że jedynie posiadając przewodnika można odróżniać kroki na drodze ku prawdzie od perfidnych żartów, czy skretynienia i złośliwości.
To było dnia, gdy nauczyłam się używać krwi.
Zaczęło się, jak poszłam do kościoła.
Właściwie nie wiem nawet, co mnie napadło, ale szłam sobie ulicą i...
To głód, ale nie głód krwi. To pęd, ale nie pęd ku prawdzie. Tętnienie inne niż przegryzanej aorty.
Biegnij.
Biegnę.
Jest już prawie dziesiąta. Ksiądz zbiera się do domu po ostatniej tego dnia mszy.
W drugiej ławce siedzi dziewczyna.
Właściwie dziewczynka, jedno z tych przedwcześnie dojrzałych, nieszczęśliwych dzieci, jakich pełno na brudnych ulicach Nowego Yorku.
Takich dzieci nie widuje się zwykle w kościołach.
Więc to są anioły. Nie żeby to było jakieś wybitne dzieło sztuki, ale idea ciekawa.
Ta mała dziewczynka podoba mi się chyba najbardziej. Ma takie smutne oczy i wpatruje się w Niego z takim dziwnym zamyśleniem.
Kto to On?
Kto to On??
Kto to On???
I wtedy zrozumiała.
Ksiądz przyglądał się w dziewczynie podchodząc. Była bardzo drobna i blada, prawie przezroczysta.
Nie było to nic niezwykłego, połowa takich dzieciaków była niedożywiona.
Wpatrywała się w rzeźbienia ołtarza, nie zwracając na niego uwagi.
Miała wielkie, prawie czarne oczy i wąskie, pobladłe wargi.
"Śliczne dziecko" pomyślał, teraz zdecydowany w jakiś sposób jej pomóc.
Zbliżał się do niej coraz bardziej i zauważył...
...dziewczynka podoba mi się chyba najbardziej. Ma takie smutne oczy i wpatruje się w Niego...
Twarz dziewczyny... rozjaśniła się.
Rysy nabrały dziwnej harmonii, policzki stały się rumiane.
"Uroda nie do zniesienia... Piękna jak święta..."
Kto to On?
Kto to On??
Kto to On???
Piękna jak szatan.
Dziecko powoli odwróciło obsypaną teraz loczkami główkę i podniosło ogromne, anielsko piękne oczęta.
Kto On?
Kto On??
Kto On???
Krzyczały jej spokojne, nieskończenie przejrzyste oczy.
Demon.
Odstąp demonie!!
Dziecko się... uśmiechnęło.
Powoli, rozdzierająco, wręcz nonszalancko...
Nieskończenie piękne, nieskończenie ostre, nieskończenie straszne...
Kły.
Strach.
Odstąp demonie!!
I ucieczka...
Dziecko chwyta za sutannę. Nie puszcza.
Kto On?
Kto On??
Krzyczy z dziwną rozpaczą, dziecka, któremu zabierają matkę.
Kto On?
Czemu On mnie nienawidzi??
Czemu On mnie nienawidzi??!!
Odstąp demonie!
Demonie??
Ja jestem jak ona! Naprawdę! Jak ona.
Powiedz mu, że jestem jak ona, niech On mnie nie nienawidzi!
Przeraźliwy krzyk odbijał się w pustych ścianach starego kościoła.
Ksiądz szarpał się i ciągnął w stronę drzwi.
Odstąp demonie!
Leonidas
Shrine czekał u siebie w domu. Zaparzona niedawno herbata stygła w eleganckim imbryczku, a czytana jeszcze przed chwilą książka leżała odłożona starannie na gzymsie kominka.
-Spóźnia się- pomyślał bez irytacji o swoim bracie. Pewnie znów zatrzymały go jakieś nawiedzone aktywistki.
Nieśpiesznie założył płaszcz i kapelusz. Ze stojaka na parasole wyciągnął swoją laskę. Z lubością spojrzał na rzeźbione na kształt lwiej głowy zwieńczenie.
Zamknął za sobą drzwi i sprężystym krokiem podążył w stronę kościoła.
Nie!!!
Elegancki mężczyzna po pięćdziesiątce spokojnie szedł w stronę kościoła.
Lewą dłoń trzymał wspartą na pięknie rzeźbionej lasce, prawą trzymał za plecami. Miał inteligentną, pogodną twarz, która nosiła jednak oznaki dziwnego napięcia.
Nieliczne zmarszczki wokół oczu znamionowały człowieka, który często i szczerze się śmieje, podczas gdy ostro zarysowana szczęka i krzaczaste brwi świadczyły o silnym charakterze i pewnej surowości w obyciu, która, ku jego ubolewaniu, zrażała niekiedy do niego ludzi.
Choć wszystko zdawało się świadczyć o czymś przeciwnym mężczyzna nie był po prostu czerstwym, w pełni sprawnym jeszcze emerytem.
W zasadzie daleko mu było do emerytury, którą w jego zawodzie udawało się osiągnąć nielicznym.
Mężczyzna był inkwizytorem.
Należał do Stowarzyszenia Leopolda.
Wampirzątko wbiega do pokoju. Jakby nie było wampirzątkiem, pewnie wbiegłoby z płaczem. Jest śliczne. I Mistrz bardzo je kocha.
On spadł! Ze schodów, ja nie chciałam, a on uciekał. Nie chciałam i nie byłam nawet głodna. Nie ruszałam go, tylko trzymałam, żeby nie poszedł. On mi nie chciał powiedzieć i nie wierzył...A ja chciałam tylko. I on spadł...
To przeze mnie, słyszysz??
Ja taka nie jestem... przecież...
Ja jestem jak ona!!
I potem wszedł ten drugi, a on też się bał, tylko nie uciekał.
I widział, ze on nie żyje, ale też nie chciał słuchać, a ja przecież nie chciałam...
I oni, że ja demon.
Nieprawda, prawda?
I on chciał mnie zabić, a w jego oczach wyczytałam ból i przysięgę zemsty. Przysięgę, że mnie zabije, tu, teraz, natychmiast, a jeśli nie, to będzie mnie ścigał do końca świata i w końcu zastanie mnie w źle ukrytej trumnie i spali, zniszczy, unicestwi... I że nie znajdę przed nim ucieczki.
Ale to jeszcze nie to, co miałam mówić.
Bo to, to tylko zrobiło, że zaczęliśmy rozmawiać. Nie byłam jeszcze nawet przedstawiona księciu, a już znajdowałam się w niebezpieczeństwie
Z Leopoldem nie ma żartów, a je miałam dodatkowo na karku zemstę za tego brata...
Głupia sprawa tak w ogóle...
Tak czy inaczej zaczęliśmy rozmawiać.
Może powinnaś się usamodzielnić? Nie jestem w stanie zapewnić ci ani ochrony ani pełni tego, co mogłabyś poznać żyjąc sama...
Kocham cię. Patrzę oczkami żałośliwie i trzymam go za rękę, a on nie mówi już, że muszę sama tylko całuje mnie w czoło i głaszcze po głowie.
Mruczę, bo mi dobrze.
I wtedy wkracza Id.
Wiesz, co musisz zrobić... szepce do ucha.
Wiesz, że musisz... nie da się ignorować
To dla ciebie... to dla niego... to ważne...
Ale ja nie chcę!! Proszę...
Bo mi dobrze...
Malcolm...Kochanie...
Upajam się tym imieniem, jak moja matka kiedyś wódką.
Ty zrozumiesz...
Kochanie...
Byłam tego wieczoru, dla niego bardzo dobra.
Nie okazywał tego, ale chyba wiedział... No może nie wszystko wiedział, ale był silny i silnie szurnięty, więc przeczuwał...
Staliśmy przy oknie i wspominaliśmy te wszystkie noce.
Przytuleni.
Rozkochani.
To była jedna z tych chwil, przeznaczonych by trwać wiecznie.
To była chwila, z tych, trwają krócej niż sekundę.
Nagrzewamy się by się kochać. Całujemy się namiętnie, powoli przysuwam go do ściany. Jak dobrze, kochanie, jak mi z tobą dobrze...
Kołek miękko wchodzi w jego klatkę piersiową...
Płaczę, gdy jego smukłe ciało powoli sztywnieje...
Kocham cię, ale muszę iść...
To jest jedyna droga...
Ale wrócę, obiecuję. Ty jesteś najwspanialszy, nie skończysz w ten sposób.
Ty jesteś moje kochanie, ja twoje słoneczko... Ja ta, czego pragniesz, ja ta, co spopiela.
Nie wiem, czy ja, ta czego szukasz, ale wiem, że ja, ta co przeznaczone.
Czekaj na mnie. Spotkamy się przed końcem wielkiej historii... Czy czegoś tam.
Pa pa skarbie... Wrócę. Obiecuję.
I poszłam.
IV.
Wróciła do burdelu.
Nie do matki, nawet jej nie szukała i nie do tego burdelu, z którego "wyszła".
Przez krótkie lata swojego "normalnego" życia zwiedziła ich wiele, więc wiedziała, na co się decyduje, czego ma się spodziewać i co najważniejsze, od czego zacząć.
Talenty aktorskie znów okazały się przydatne.
Mama Poe nie była zdziwiona, że przyszłam.
Hm... Córka dziwki przychodząca do burdelu wieczorem z tobołkiem na plecach i prośbą o "zatrudnienie". Myślę, że zawsze spodziewała się, że tak skończę (mieszkałyśmy tam jak miałam sześć, może siedem lat).
Nie stwarzała problemów.
Za mieszkanie miałam płacić piętnaście procent zarobków, dziesięć bez wyżywienia, z którego oczywiście zrezygnowałam. Zajęłam sobie pokój w suterenie, z małym, łatwym do zasłonięcia okienkiem. W dzień zamykałam się w pokoju, robiłam sobie posłanie pod łóżkiem i zasypiałam, błagając los, żeby nikomu nie wpadło na myśl wywarzać drzwi.
Na początku było ciężko.
Ciężko wytłumaczyć, że w dzień nie wychodzę, że nie pójdę z dziewczynami na kolację, że nie pukać w dzień, bo śpię twardo, więc i tak nie otworzę.
O dziwo nie było ciężko, że nie powiem nic o matce. Nikt nie pytał, bo po co.
Miesiące tam spędzone były nudne. Powiem ci tylko, że ze sporej gromadki facetów, którzy sądzą, że ze mną spali, tylko kilku ma rację.
To był zły czas.
Ja tęskniłam. I nie chciałam tam być. No, ale z Id się nie dyskutuje, musiałam dorosnąć, zaznać, nauczyć się patrzeć i w końcu zobaczyć.
Miałam być splugawiona, bo nie ma innej drogi do czystości jak się ubrudzić. No nie?
Miałam nie mówić "no nie". To nieelegancko. I głupio brzmi.
Klaudynka dzielnie wszystko znosiła. Rozumiała, że tak trzeba, martwiła się tylko trochę, mówiła "uważaj, bo zamienisz się w Wielką Ladacznicę".
Ona tak mówi na mamę.
Nie lubi jej, ale nie mówi "dziwka" albo "kurwa", bo uważa się za coś dużo od niej lepszego, a takie wyrażenia świadczą o braku kultury i w ogóle.
Tamtej nocy wiedziałam, że to już niedługo.
Dzięki, dzięki, dzięki!! Śpiewałam w duchu a ze mną Id. Już niedługo, jeszcze tylko trochę, a patrz jak rosną, jaka piękna noc, jaki piękny gąszcz w twojej pięknej głowie. Prawda, że lepiej? Już niedługo, a on zrozumie... Zrozumie? Skarbie... Przecież wiesz, jak on jest mądry...
Wiem, Id. Wiem chyba nawet lepiej od ciebie...
-Muszę iść na jakiś czas
maman.
Wrócę, przecież nie mam gdzie iść. Miesiąc, dwa, ale wrócę. Zachowaj dla mnie pokój. Nie wiem. Chyba na wieś. Zobaczę jeszcze. Tak, taki cichy głosik, dam mu się prowadzić. Au revoir.
Zamówiłam sobie pokoik w jakimś obskurnym hotelu nieopodal. Nie pytaj skąd wiedziałam, że to tam, żadna z odpowiedzi, które mogę ci podać, nie wyda ci się satysfakcjonująca.
To nawet nie jest kwestia tego, że nie wierzysz w Id.
A to głupie babsko z recepcji też mi pomogło.
-Nazwisko...-spytała nie podnosząc na mnie wzroku.
-Asjah... tak, A-S-J-A-H...
Asjah...van Hellsing...
-Jakieś zagraniczne... Niech zgadnę. Pani z Bułgarii?
-Nie. Ojciec jest z pochodzenia Szwajcarem.
-Tak? A jak ma na imię? -osiągała szczyty uprzejmości- Lubię te twarde, niemieckie zgłoski.
-Malcolm. Czy mogę prosić klucze?
Miałam nazwisko.
I to takie, którego się nie wstydziłam.
To było przyjemne uczucie.
Ona? A wiesz, że nie pamiętam. Wiem, to było też moje nazwisko, ale po pierwsze tylko jakieś siedemnaście lat, a po drugie, to się nie liczy.
Czemu miałoby się liczyć? Przecież go nie wybrałam.
Zabroniłam, żeby do mnie wchodzić i że nie chcę śniadania, ani nic. W bardzo kulturalny sposób powiedziałam jej, żeby się odwaliła. O dziwo podziałało. Dla pewności dałam jej stówkę. Przy odrobinie szczęścia, nie właduje mi się do pokoju koło południa, żeby przewietrzyć mieszkanie. Głupia dupa.
Musiałam tylko poczekać do nocy. Upoluję coś na pewno, a potem załatwię, to, po co przyszłam i już mnie nie ma.
W nocy las był mój. Moja była droga i moje ruiny domostw na jej końcu.
Moi byli ludzie a ja byłam ich.
Moja była noc a ja byłam nocy.
Pierwszej nocy wybrałam się na wiejską "przytupajkę". Bo ten hotel był w takiej małej mieścinie, stu mieszkańców w porywach, totalne zadupie, jeszcze w środku lasu. Miałam szczęście, że trafiłam akurat wtedy, to ułatwiło sprawę, normalnie w takich miasteczkach niewielu ludzi włóczy się po zmroku.
Grała muzyka country, stadko koszmarnie ubranych dziewczyn kręciło tyłkami przed jeszcze gorzej ubranymi chłopakami w wieku od czternastu do trzydziestu czterech lat.
Nawet one zdawały sobie sprawę z tego, jakie to żałosne.
W tą atmosferę wdarłam się ja.
Świeżutki towarek z miasta z zabójczą dupcią i firmowymi ciuchami.
Siadłam przy stoliku, czekając aż jakiś Fred, Steve, lub Johnny zbierze się na odwagę, by do mnie zagadać. Na szczęście pojawiła się inna opcja.
-Hey baby, are you from around here?
-Do I look like I would?
Chwila milczenia.
-Touche.
No, to było coś innego. Najwyraźniej też przejezdny, najwyraźniej interesujący.
-Czego się napijesz ?
Ciebie.
-Nie, dziękuję- uśmiecham się ślicznie.
-Więc, co dziewczyna jak ty robi w dziurze takiej jak ta?
-Wypoczywa. Co taki mężczyzna jak ty robi w takiej dziurze oprócz komplementowania przygodnych nieznajomych?
Uśmiechamy się oboje.
-Nie wiem. Nudzi się?
Nie umiem oddać tego nastroju. Rzucał utartymi zaczepkami, ale mówił je z ironią i inteligencją. Był intrygujący a pod pozorną serdecznością jego spojrzenia krył się mrok. Był groźny.
I całkiem niepodobny do Niego.
Zabrał mnie na spacer.
-Muzyka jest koszmarna. Zresztą, przyjechałaś chyba, żeby się ponapawać przyrodą, no nie?
To rzeczywiście głupio brzmi.
Siedzimy sobie na trawce pod gwiazdami. On już lekko wstawiony.
Gadamy o jakiś głupotach i wtedy on mnie chwyta i mocno całuje.
Ostro pogrywasz. Myślę. Chyba powinnam ci strzelić w zęby.
Ale nie chce mi się.
On zaczyna ostro przeginać.
Chwyta mnie za nadgarstki i kładzie siłą na ziemi. Język chamsko wpycha do ust. Zaczynam się zastanawiać, czy go nie odgryźć.
Kładzie się na mnie i chyba nie za bardzo go obchodzi, czy chcę tego, czy nie.
Zaraz odgryzę ci jaja. Myślę.
Nie. Słyszę. Przeżyj to jak kobieta.
W jednej chwili tężeję z obrzydzenia.
Z Id się nie dyskutuję.
Kolanami przygważdża mi ręce, żebym się nie szarpała. Rozpina mi kurtkę i bluzę.
Ma obleśnie triumfujący uśmiech gdy szorstką łapą chwyta mnie za pierś.
Patrzę. Wielkimi oczami, na dnie których czai się czysta i nieskrępowana niczym nienawiść.
Trochę go to peszy.
Trochę.
Znowu kładzie się na mnie. Zimnym językiem penetruje wnętrze mojego ucha.
Rozpina spodnie. Swoje.
I moje.
Chwile się z nimi szarpie, drugą ręką trzymając mnie za szyję.
Jest zbyt zalany i podniecony, by zauważyć, że nie mam pulsu.
Nie będę się dla ciebie grzała, sukinsynu. Zobaczymy czy masz zapędy nekrofilskie.
Wydaje z siebie zachrypły jęk, gdy udaje mu się wsadzić tą pieprzoną fujarę. Nie ułatwiam mu tego, ale nie mam prawa wyrywać się naprawdę. Zresztą ciało mam stężałe, nie umiałabym się bronić.
Patrzę na niego gdy mnie pieprzy, pochłaniam każdy szczegół jego wstrętnej mordy.
Coś łka we mnie, ale tylko w środku.
Nadchodzi orgazm, który wita krótkim grymasem i westchnieniem ulgi.
Jego nasienie wypełnia mnie od środka i nienawidzę mojego ciała, że się na to zgadza.
Opada na mnie i leży przez chwilę w bezruchu.
Po chwili podnosi się i zapala papierosa.
-Jesteś zimna- mówi z pewnym zdziwieniem.
Giń!
Krzyczy, gdy krwawe łzy strumieniami zaczynają płynąć mi po policzkach.
To tylko łzy, tak naprawdę nie płaczę.
Naprawdę wstaję i podchodzę do niego, jak uosobienie gniewu, zemsty i wściekłości.
Giń! Krzyczę, bo nienawidzę skurwysyna.
On stoi na drodze. Mi i wielu innym.
Ósmy grzech- "Nie zabić."
Rozumiem, Malcolm, rozumiem. Rozumiem to, co mi wpajałeś.
Jest przerażony.
Krwią cieknącą mi po policzkach, moją twarzą, moimi oczyma.
-Ty chciałaś! -mówi- Przecież było dobrze, prawda?
Zaplątuje się we własne gatki próbując uciec.
Giniesz gnoju. Krzyczę oczami i uśmiecham się obleśnie triumfująco, widząc, że rozumie.
Już nie próbuje tłumaczyć, spieprza jak tylko może.
Dopadam, zabijam, wypijam.
W tej kolejności smakuje najlepiej.
Ciało zostawiam w krzakach.
Gnij. Myślę, bo nienawidzę skurwysyna.
Teraz ci starczy? Starczy?
Czy nie dość jestem brudna?
Krwią, spermą, pieniędzmi?
Czego jeszcze chcesz?
Bo przecież duszy nie chcesz mi splugawić...
Skarbie... przecież ty nie masz duszy.
Zabarykadowałam się w pokoju, zasłoniłam okno czym się dało, zamknęłam drzwi na klucz i zablokowałam je dodatkowo krzesłem.
Nie po to tyle przeszłam, żeby jakiś debil wystawił mnie teraz na słońce.
Jeszcze jedna noc w tym zasyfiałym miejscu i ...
I co?
Wrócę do domu?
Czy do pracy?
A jeśli do domu, co mnie tam czeka?
On mnie tam czeka... pytanie, czy na pewno z otwartymi ramionami...
Ostatnia noc...
Pożegnanie.
Idę tam gdzie go zostawiłam.
Za dnia musiał padać deszcz, trawa jest mokra.
Mijam jego samochód, dochodzę do tamtego wzgórka.
Już niedaleko do jego grobu.
Jeszcze nie gnije, leży po prostu i wygląda tak... inaczej. Jak trup.
To chyba normalnie.
Trawa jest mokra i słychać żaby.
Żaby wychodzą ze swoich kryjówek, czy gdzie tam mieszkają.
Skrzek coraz głośniejszy.
Psychodeliczna piosenka.
Żabie crescendo, zielone unisono.
Żaba usiadła na jego twarzy.
Suka. Słyszę w jej skrzeku.
Druga, trzecia na jego dłoni.
Dziwka. Skrzeczą oskarżycielsko.
Jest ich coraz więcej, obsiadają go całego.
W czym on gorszy od sukinsynów, których pieprzyłaś za pieniądze?
Dla niego za dobra.
Przerażająco wygląda ciało, pokryte teraz dokładnie żywym, zielonym, oślizgłym mrowiem.
On sukinsyn, ale ty gorsza.
To już nie są żaby. To jeden wielki organizm, pochłaniający jego ścierwo i szykujący się do ataku.
Będziemy leżeć tu oboje. Nieskończenie nieszczęśliwi, nieskończenie razem w śmierci, nienawidząc się nawzajem, prze wieczność obgryzani przez... żaby. Myślę.
Nie chcę umrzeć przy tym draniu!
Jesteście sobie równi.
N i e ! !
Krzyczę.
Mdleję.
Znalazł mnie jakiś Fred, Steve, czy Johnny.
Szukali go, bo jego ciotka zgłosiła, że zaginął.
Znaleźli nas oboje, zadzwonili po policję.
Siedziałam w radiowozie otulona w koc i wyglądałam bardzo żałośliwie.
Policjant, który mnie przesłuchiwał chyba mi współczuł.
Zabrał mnie tu wczoraj, po zabawie. Był trochę pijany i zrobił się nachalny...Udało mi się uciec. Dzień spędziłam u siebie, w pokoju. Wróciłam bo zgubiłam portfel z dokumentami, myślałam, że gdzieś tu... A jego miało nie być. To takie straszne.
Jest pani w szoku.
Był chamski, ale nie chciałam, żeby zginął. Gdybym tylko...
Już dobrze, to nie pani wina.
-On ma złamany kręgosłup.
-Słuchaj, ona widziała go ostatnia, jest jedynym podejrzanym.
Drugi policjant spojrzał krytycznie na moje metr sześćdziesiąt trzy, skulone na tylnym siedzeniu, rozkosznie śpiące.
-To nie mamy podejrzanego. Ona by nawet nie dosięgła. Zresztą, wyobrażasz sobie te rączki łamiące kręgosłup dwa razy większemu facetowi?
Ludzie mają bardzo ograniczoną wyobraźnię. Myślę.
V.
Wracam, kochanie, wracam.
Wchodzę do pokoju krótko po zmierzchu.
Jestem przygotowana na wszystko, co ma się stać.
Specjalnie na powitanie założyłam nową, czarną sukienkę, zakręciłam włosy i umalowałam się "demonicznie".
Wchodzę, odkładam torbę i Klaudynkę, uśmiecham się nieśmiało, jestem kochanie, mówię.
Odgarniam włosy do tyłu, nachylam się na nim i ciągle uśmiechnięta wyszarpuję kołek.
On rzuca się na mnie. Drapieżnie rozrywa tętnicę, pije.
Na to też jestem przygotowana.
Czekam spokojnie aż się nasyci, mam nadzieję, że nie wypije wszystkiego.
Po raz kolejny leżę w jego ramionach, słabnę z upływu krwi i mam nadzieję, że to, jeśli przyjdzie, nie będzie bolało.
W końcu odrywa się ode mnie, dyszy ciężko, opity silną krwią.
Reflektuje się, wraca, żeby zalizać.
Ręką chwyta mnie za włosy, tuż ponad karkiem. Odchyla mi głowę.
Ty... dyszy, ty...przebiłaś mnie... Wyszłaś...
Kocham jego ręce, nawet kiedy sprawiają mi ból.
Miesiące głodu...męki... śmierci raz po raz, walki ze złem w środku własnej głowy...
Jest zły. To chyba normalne.
Trzyma mnie coraz mocniej, przyciąga do siebie za włosy. Jestem trochę senna, trochę bardziej głodna, ale najbardziej chyba szczęśliwa, że go widzę.
Za moją miłość odpłaciłaś mi...
Słowa zostają zalane spazmami histerycznego śmiechu.
Przyciska moją głowę do piersi, głaszcze, całuje, ale przede wszystkim się śmieje.
Racja, świetny żart. Co lepszego mogłam wymyślić?
Zostawiłam go tam na miesiące! Przybiłam do ściany! Głodował! Umierał!
Nasz śmiech wypełnia puste pokoje jego mieszkania, opływa nas i unosi ze sobą na zewnątrz, przez miasto i ponad, ponad ulice, dachy i przyziemne sprawy małych, pustogłowych ludzi, którzy nigdy nie zrozumieją chorego piękna naszej miłości. Bo kocham cię Malcolm, najbardziej na świecie. Kocham cię maleńka. Gdzie byłaś? Wypiękniałaś.
I znowu miesiące... szczęścia.
Nic się nie liczy, tylko my. Oboje wiemy, że będę musiała odejść, ale to tak daleko i tym razem nie będę musiała go zakołkować.
Napisałam do maman, że znalazłam faceta, który będzie mnie przez jakiś czas utrzymywał.
Powiedziała, że gratuluje, ale żebym uważała, bo to może być jakiś zboczek.
Śmieliśmy się z tej odpowiedzi.
Kochanie...
Tak.
Czy ty... jesteś ze mną szczęśliwy ?
Obejmuje mnie mocno.
Co jest? Pyta.
Nie wiem...
Maleńka...
Nie, nic nie jest kochanie. Tak tylko... Źle mi dzisiejszej nocy.
Leżymy chwilkę w milczeniu.
Maleńka...
Znowu głaszcze mnie jak zwykle, ale tym razem nie uspokaja mnie to tak bardzo.
Dokąd... Mówię nagle.
Dokąd to wszystko?
W moim życiu są dwa rozdziały, jeden przed tobą, drugi ty.
Wiesz, że ja nigdy nie byłam tak naprawdę szczęśliwa?
Teraz, kiedy leżymy razem jest mi dobrze.
Jest mi dobrze, ale tam na zewnątrz jest... rzeka, wielka rzeka, która mnie przeraża, przed którą chronię się... w tobie...
A we mnie druga rzeka, tylko przed nią się nie ochronię. I ona była zawsze. Przed tobą, przed narodzeniem Klaudynki, przed tamtą nocą, gdy pierwszy raz widziałam moją matkę z facetem.
Ona jest we mnie i poza mną... i... i jest... mną.
Czy można się utopić... w sobie?
Bo każdego ranka przed zaśnięciem zadaję sobie to pytanie.
Są myśli, które mnie bolą. One są jak szpady, skierowane prosto we mnie, które mogę odwrócić w inną stronę, ale tylko własnymi rękoma, które krwawią, kiedy próbuję. I to też boli, a kiedy odwracam jedną pojawiają się nowe i nie boli mniej.
Nie umiem.
Nie umiem nawet wytłumaczyć.
Wiesz, czasami zdaje mi się, że byłabym szczęśliwsza, gdybym pozostała "nietknięta". Wtedy nawet dotknięcie dłoni miało większe znaczenie.
Ale teraz jestem pełniejsza, a będąc nietknięta też nie czułam się dobrze.
Słuchaj, czy ja jestem kobietą?
A może dziewczynką?
Czymś pośrednim?
Czymś zupełnie innym?
Nawet tego nie wiem.
Myślę, że jestem takim super-człowiekiem.
Jestem po to, by odczuwać mocniej, zawieram w sobie wszystko co ludzkie, do potęgi. Dlatego nie ma dla mnie miejsca, dlatego bardziej boli. Jestem jądrem, sednem i dlatego nie jestem człowiekiem.
Ja ESENCJA-ANTYTEZA!
Jestem... świrem.
Jestem potrzebna.
VI.
Pamiętasz, jak się poznaliśmy, Diable?
Na pewno, ale nie wiesz paru rzeczy, które teraz powiem.
Słuchaj piosenki o sobie, słuchaj piosenki szalonego błazna...
Znowu.
To głód, ale nie głód krwi. To pęd, ale nie pęd ku prawdzie. Tętnienie inne niż przegryzanej aorty.
Biegnij.
Biegnę.
Wychodziłeś z taksówki.
Była z tobą ta ludzka kobieta, byliście wystrojeni, ona aż skrzyła się od błyskotek, ty byłeś w tym, no... surducie? Fraku? Nie rozróżniam.
Ja byłam na szlaku poznania.
Jak Pytia, miałam wizje, biegłam, żeby wróżyć.
Podeszłam do ciebie, uśmiechnęłam się łobuzersko i powiedziałam.
-Nie boję się ciebie, chociaż jesteś diabłem.
Spojrzałam na tą błyszczącą.
-Smacznego.
I poszłam, jak zwykle.
A przynajmniej tak ci się wydawało.
Poszłam coś zjeść i wróciłam.
Przed trzecią wsunęłam się przez twoje okno.
Na łóżku, wśród zmiętej pościeli leżała naga kobieta. Była blada i spała twardo na idealnie czystym prześcieradle.
Punkt dla ciebie. Zanotowałam w myślach, bo nie lubię jak się chlapie przy jedzeniu i marnuje krew.
To nieeleganckie i głupie.
Siedziałeś w fotelu, bynajmniej nie zdziwiony moim przyjściem.
Uśmiechnęłam się do ciebie tak jak wtedy.
-Dobra była?- spytałam.
Przezabawnie wychodzi ci pytające uniesienie brwi.
-W łóżku. I na talerzu- wyjaśniając błysnęłam figlarnie kłami.
-Gentleman o takich sprawach nie dyskutuje.
-I nie rozmawia pewnie ze spotkanymi na ulicy wariatkami?
-Trudno zaprzeczyć, właściwie nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
Opanowanie. Dwa zero.
Przyjrzałam się dokładniej twojej twarzy.
Czujność. Kolejny plus.
-Asjah van Hellsing.
-Armand de Morangias.
Trzy jeden. Za kretyńskie nazwisko.
-A więc, panie de Morangias... Mam panu coś do przekazania.
Czekałeś bez zniecierpliwienia.
-Oprócz zbioru odpowiedzi poszukiwanych od dłuższego czasu przez ludzkość jako taką, a także wskazówek w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania interesujące tylko pana... chociażby na pytanie czemu Ivonne i każda kolejna kochana przez ciebie kobieta musiały umrzeć... mam panu do zakomunikowania coś równie ważnego...
Twoje opanowanie miało jednak granice. Byłeś... poruszony, gdy gestem nakazałam ci się pochylić.
-Armand...-wyszeptałam ci praktycznie do ucha- Mogę ci tak mówić?
Pokiwałeś głową.
-Weź sobie to co powiem głęboko do serca...
Oboje zastygliśmy w bezruchu...
-To... jest początek... naprawdę, ale to naprawdę... pięknej przyjaźni...