Ostatnia aktualizacja: 18 marca 2001
Autor: Confiteor
"Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą
konstrukcję w wielu jakby anatomicznych
preparatach, pokazujących spirale i słoje
światła, przekroje seledynowych brył
nocy, plazmę przestworzy, tkankę
rojeń nocnych..."
Bruno Schulz, "Sklepy cynamonowe"
I ginąc od nadmiaru mgły w czujnym objęciu
Wpośród złotawych przyćmień i błękitnych zadym -
Skonał wreszcie - posłuszny temu wniebowzięciu ,
Które przez sen zawdzięczał - fioletom bladym
Bolesław Leśmian "Śnigrobek"
Niesione przez wiatr dla bratniej Margrabiny, pewnej Czarnej Furii...
Płomienne, pudrowe promyki odchodzącego Heliosa lekko i ospale tańczyły na horyzoncie westchnień, rysując różową kreską metę dzisiejszego dnia. Chmury, wciąż wchłaniające kolorowe zapachy kończącej się podróży, wydzierały koronkowe wzory na tle wieczornego nieba. Wiatr, także przesycony magią, powoli oddalał swe kroki od naszego obozowiska. Dość łatwym do zauważenia było dzisiejsze znużenie kolejnym, beznadziejnie ciągnącym się jak złota żywica, dniem. Konie, wypychając z pysków siwą parę zmęczenia, wymachiwały ogonami w geście ołowianej stagnacji. Drwa, smętnie dorzucane do ledwo palącego się ogniska, podsycały wszechobecną nudę. Szkarłatne Pióro wetknął do swego kalumetu brunatne ziele tytoniu i wydłużał czas, pykając rytmicznie. Wszyscy owinęli się w plecione koce i wsłuchiwali się w symfonię nadchodzącej nocy.
Luna, leniwie otwierając swe piękne oczy, wracała na tron niebios. Wraz z nią przybył cały orszak, mrugający świetlistymi lampami. Feeria barw i dźwięków ogarnęła całą przestrzeń. Niepotrzebne były czujne uszy, by wydobyć z gęstwiny lasu pohukiwane monologi sowy, czy tajemnicze stukoty racic sarn i człapanie skaczących zająców. Wszyscy cierpliwie siedzieli przy skromnym ognisku, syczącym czasem, gdy tłuszcz zwierzyny skroplił się w akcie autodestrukcji. Kiedy już wszyscy nasycili się mięsną strawą, Szkarłatne Pióro kolejny raz nabił swą fajkę i wypuszczając z półprzymkniętych ust siwe koła dymu, zaczął snuć opowieść...
...prószył śnieg. Ciepły i miękki obrus został rozłożony na ziemnym ciele Gai. Szwadrony szklanych, lukrowych płatków i gwiazdeczek spadały na nas nakładając czapy na nasze głowy. Włosy, obsypane okruchami powoli odchodzącej zimy, srebrzyły się w spojrzeniach Heliosa skrytego przez zamrożone obłoki. Dzieci, nieświadome zbliżających się roztopów, bawiły się w puchowej pierzynie śniegu. Pośród ich zmrożonych krzyków do obozu wkradał się dźwięk skrzypiących kroków mężczyzn powracających z wciąż bardzo mizernych polowań. Zwierzyny wciąż brakowało, polany błyszczały tylko i srebrzyły się bezustannie nie zdradzając żadnego ruchu. Dni mijały powoli i męcząco, liczone dziurkami zaciskanego pasa. Coraz ciężej było utrzymać nerwy w ryzach woli. Szał rósł powoli w zakamarkach wszystkich głodnych myśli. Co noc, Rdzawy Płomień ze swoją watahą odprawiali rytuały modląc się o łaskę i zwierzynę. Minęły jeszcze trzy dni odliczane mrugnięciami drgających powiek furii, kiedy do obozu wbiegł jeden z galiardów, po czym ze strachem w oczach padł nieprzytomny na ziemię. Gdy go ocucono, opowiedział o spotkaniu z białym bizonem. Jakie poruszenie wśród szczepu wzbudziły te dwa mistyczne wręcz słowa. Twarze Wendigo zbladły jeszcze bardziej, gdy chłopak, gestykulując wciąż energicznie, pokazywał jak napiął łuk i mierzył do zwierza. Nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie to, że bizon zmienił się w piękną dziewczynę. Wydawać by się mogło, że to sama Luna zstąpiła w 'skromne progi' indiańskich terytoriów. Jej srebrne włosy lekko tańczące na smugach wiatru zwijały się, falując nieprzerwanie. Wzrok delikatny i kojący trzepoczącym chłodem hipnotyzował metalicznymi źrenicami. Blade usta zdawały się niemo wypowiadać słowa, wydmuchiwane błękitną parą. Ciało okryte płaszczem pierzastych obłoków pachniało snem zimowych nocy... Kobieta znikła.
Klęska głodowa minęła. Aczkolwiek kilka dni później kolejnemu garou ze szczepu udało się spotkać bizona zmieniającego się w niezwykłą piękność.
Zima także odchodziła w przeszłość, gdy Perłowy Kieł wybrał się na spacer. Przemykał między bramami drzew, przeskakiwał szemrzące strumyki i brodził w resztkach śnieżnej kotary, docierając w końcu do Czarnych Wzgórz. Kiedy poczuł się zmęczony, położył się na dywanie szepczącej wiosny. Do jego uszu równomiernie pulsując dochodził odgłos kroków. Garou wyostrzył zmysły i czekał... Powietrze jakby zawrzało, jakaś łuna rozświetliła niebo. Z kłębiącej się mgły powoli wyłaniał się ogromny, włochaty, mleczny kształt. Kształt bizona, białego bizona, parskającego, grzebiącego nerwowo kopytami. Garou wpatrywał się tylko spokojnie i, starając się zachować pełnię świadomości, przelewał emocje w ziemię, na której siedział. Po chwili zwierzę kwiknęło dziko i, rozdzierając powietrze ekspresyjnymi, dynamicznymi muśnięciami białego futra, zmieniło swe cielsko w smukłą i wysublimowaną postać kobiety. Garou natychmiast poczuł niezwykły magnetyzm objawiającej się przed nim osoby, wstał więc szybko i podbiegł do niej. Wyciągnął ręce nie mogąc opanować podniecenia. Nie zauważył, że nad jego głowę nadpłynęła smutnia, czarna niczym heban chmura. Po chwili przerażający, wyrywający ze snu krzyk przebiegł po firmamencie nieba. Aksamitna chmura, składając pocałunek cienia na młodzieńcu, wyrwała z niego całe mięso i krew...
Biała Pani przychodziła jeszcze przez cztery dni do obozu ucząc garou pieśni i siedmiu tajemnych obrzędów. Zostawiła też święte zawiniątko i obiecała, że gdy narodzi się kiedyś biały bizon, ona wróci i przywróci światu ład duchowy...
...Obudziłem się nagle ze spazmatycznym krzykiem, otwierając szeroko oczy. Szybko rozglądając się z boku na bok, słałem pytające spojrzenia w otaczającą mnie pustkę. Ślad po palenisku zaginął, a wiatr już dawno zapomniał o tropie watahy. Siedziałem przytłoczony ogromem budującego się przede mną industrialnego fomora. Buchająca z kominów biała para dławiła słowa cisnące się na moje zaschnięte usta. Rury labiryntów, zaworów, budynków grały żałobne melodie dotykające dusz. Miejsce było to samo. Czarne Wzgórza...Fałsz wdarł się w melodię nagle i niespodziewanie. Z paszczy futryny kopalni wypłynęły parujące kształty ludzkie. Rdzawe skóry Indian, smagając swe ciała biczembiałego dymu, skręcały się w konwulsyjnych skurczach. Ich pigment ulatywał nieprzerwanie, stąpając krok po kroku do nieba. Krzyki z mozołem wyrywane z fioletowych ust zraszały gasnący już żar bólu.
Oczy me błądziły, wciąż szukając drogi w kręgu cierpienia. Wstałem szybko i trzepocząc bezradnie palcami, szarpałem płachtę białego dymu wylewającą się z komina fomora. W łunie nienaturalnego światła szukałem białego bizona. Plany me padły razem ze mną. Poczułem drapanie pazurów w gardle, gdy chciałem je wydrzeć z siebie krzykiem, skóra ma zaczęła bulgotać. Tylko ostatni skowyt...tylko ostatni...
Szkarłatne Pióro, wrzucając do rozpalonego ogniska ostatnie słowa, spojrzał na zamknięte powieki słuchaczy i sam też ułożył się w kolebce niemalże alabastrowej, kończącej się już nocy.