Ostatnia aktualizacja: 24 kwietnia 2001
Autorka: Icehaired
Imię: Icehaired DaKotha, Błysk-Rybiej-Łuski-w-Świetle-Luny
Pryio: Twilight
Plemię: Qualmi
Rasa: homid
Ranga: a któż to wie...
W sumie nie jestem pewna, czy jest sens opowiadać o własnym życiu - w końcu liczy się to, co jest teraz, liczy się przecież ten trop zająca, który dziś pozostawił na śniegu. Poza tym moja rodzina, moja przeszłość to tajemnica, do której nawet mi nie chce się wracać.
No fakt, zawsze podobały mi się te zawiłe zygzaki na śniegu, pozostawione przez łapy zwierząt. Wtedy jeszcze tylko zwierząt, dziś Braci i Sióstr. Biegałam za nimi, w przemoczonych butach, i z rozwichrzonymi włosami, byle znaleźć początek, byle znaleźć tego, który pierwszy swój znak na śniegu uczynił. Ale cóż, zawsze spotykał mnie ten sam zawód, ślady nikły gdzieś w zaroślach, do których człowiek nie ma dostępu. Człowiek tak, ale... ale mały dziki kot z pędzelkami na uszach, który właśnie przebiegł mi drogę, i którego na pewno nie widziano nigdy w tych lasach, i którego nie powinno tu być, potrafił. Przecież kot nie może być lepszy od człowieka, no po prostu nie może być!
Śnieg przylepiał mi się do włosów. Brr, najbardziej nieprzyjemne wrażenie, to śnieg oblepiający uszy. I łapy. Łapy??! Zakończone kocimi pazurami, pokryte sierścią, szarobłękitnawą, z drobnymi czarnymi włosami na obrzeżach palców. Łapy. Łapy. Musiałam przygnieść tego kota. Przygnieść kota, jasne.*Prych*. "prych"?! Zaraz, zaraz. Jak tu dziwnie pachnie. Ychh... ohydnie wręcz śmierdzi. O. Jakiś wandal wydrapał dziwne znaki na korze drzewa rosnącego tuż obok. Wandale. Prych!
"prych"?!
Zaraz, zaraz. Cos jest tu nie w porządku. No dobra, wywróciłam się w tych krzakach, strzeżących wejścia na polanke, pokrytą śniegiem. No dobra, straciłam na chwilę przytomność, i musiałam przygnieść kota. Tak, na pewno go przygniotłam, stąd te sterczące łapy. Ale... ale... no dobrze, spojrzę jeszcze raz. Moje? Łapy? Ja? I łapy? Mam łapy? Kocie łapy? Coś tu naprawdę jest nie w porządku.
Na pewno mi się śni. Musi mi się śnić. Wyrastają ze mnie kocie łapyinie mam, tak, na pewno nie mam rąk, i nóg. I świat jakiś jest.. wyraźniejszy. I nawet śnieg ma kilkanaście odcieni. Śni mi się to wszystko, bezapelacyjnie! Ha! Niech się śni, poczekam, aż się obudzę.
Śnię dalej.
Zimno.
Ej, we śnie nie powinno być tak zimno!
Może się obudzić? W sumie.. eee.. wziąć do ust coś tak obrośniętego.. buueee... a może jednak. W łapy przecież mi zimno. To skoro łapy to moje .. eee.. odnóża, to jak się ugryzę, to będzie tak, jakbym ugryzła się w rękę!
Ha!
Auuuu!!! Mrrraaaauuuhhh!! [mrrauuhh?!]
Ajaj, jak boli, zawsze wiedziałam, że mam ostre zęby, ale boli, uh. Czyli to moje łapy.
A budzenie nie poskutkowało.
A może wcale nie śnię?
I może prawdziwy jest ten ewidentnie tarzający się ze śmiechu ryś, którego na pewno nie powinno być w tym małym, podmiejskim lasku, a który wydaje z siebie dziwne dźwięki, i machając łapami w górze, turla się po śniegu?
Najciekawsze jednak w tym doświadczeniu było odkrycie ogona. Mój nauczyciel ugryzł mnie w ogon, żeby mi uświadomić, że jednak takowy posiadam. I że rzeczywiście jestem w skórze kota. Szczerze mówiąc, do dziś żałuję, że jest taki krótki, jestem pewna, że to właśnie dlatego mój Kuasha śmiał się tak głośno.
Długo, długo później spotkałam jednego.. Pantera. Bagheera. O oryginalnym, i na pewno fałszywym imieniu Bagher. Jaki on miał piękny ogon... nawet gdy był w ludzkiej skórze... No tak, dla wilkołaków pachniał paskudnie. Ale my, Bastet, potrafimy akceptować czyjś zapach, który winą jest narodzin.
Duchy bywają dla mnie łaskawe. Są takie, które nie rozstaja się ze mną, i takie, które widuję rzadko... a także jeden, który przychodzi tylko we snach, tańcząc wśród burzy, w chaosie i chmurach, albo jako mały, błękitny kociak, o jedwabistym futerku, zgrabnych łapach, puszystym ogonku... Ich głosy, tak różne, pojawiają się i znikają, niektóre przybywają zawsze, gdy o to proszę, niektóre tylko wtedy, gdy tego chcą.
Uczyłam się długo. Mój Kuasha nigdy nie potrafił zrozumieć, że wolę ugotowac sobie jedzenie, niż rozrywać skórę królika, zanurzać pysk w świeżym, pachnącym krwią mięsie, złowionym po długim tropieniu po śladach... W końcu przedstawił mnie duchom i znikł, a ja pozostałam samotna - nareszcie bez jego prychnięć i wybuchów śmiechu - wśród głosów, wizji i zapachów lasu.
Teraz uczę innych. Włosy posiwiały, rysy wyostrzyły się. Kontakty z wilkołakami nauczyły mnie milczenia - chociaż rzecz jasna nie ze wszystkimi chce się milczeć... Inne Bastet kryją się ciągle w cieniu lasów, jaskiń i swoich domostw. Niektóre przychodzą, wiedzione kocią ciekawością, do siedziby Istot Świata Mroku - Bagheery, Tiberii, Balam, Bubasti, raz nawet jeden Khan, który skażony był już złem... Niekiedy można jedynie milczeć, patrząc na nich, czując ich poddanie się woli Asury.. i niszczyć, by Asura nie znalazł drogi do dusz i serc innych Bastet.
Cóż, niektórzy z was zastanawiać się mogą, co robię w Caernie, siedząc głównie w Elizjum, przynależnym wampirom. Caern - tak, to mnie uratowało, jego płomień oczyścił moje ciało i duszę, duchy przychodzą tam chętniej, i chętniej tańczą w blasku ognia. Elizjum? Cóż... Zostałam tam. Czekam na inne Bastet. Obawiają się Lupinów, pamiętając przeszłość; wolą przebywać z tworami Asury, niż wpłomieniach oczyszczającego ognia. A poza tym.. wampiry posiadają wiek, którego nigdy nie osiągnę, i życie, którego nigdy nie zrozumiem... ale które ciekawi mnie odkąd zawitałam tam po raz pierwszy... są zagadką, którą trzeba rozwiązać. W sumie to zabawne, Qualmi spełniająca rolę strażnika głównie wampirzego Elizjum... jeszcze nie zauważyli w tym nic dziwnego, cóż, widocznie są bardziej głupi niż kępka futra na karku królika.
Hm. Macie dziwne miny. Tak, ta opowieść różni się od innych, które wam opowiadałam. Ale cóż... ważne jest tylko to, co brzmi teraz, głos sójki na obrzeżach lasu, krzyk kaczki, i tak, mniam! plusk pstrąga w potoku obok caernu...