Ostatnia aktualizacja: 27 marca 2001
Autor: Bartosz Chilicki
Ciemne chmury rozstąpiły się ociężale, ukazując rozgwieżdżone niebo. Chłodne światło Febe spłynęło między koronami drzew na polanę. Tam ciepły blask płonącego na jej środku ogniska wydobył z mroku sylwetkę klęczącego mężczyzny.
Wysypał szczyptę proszku z niewielkiego woreczka wprost w płomienie. Te, zrazu niemrawo, chwilę potem znacznie żwawiej, zatańczyły unosząc się i barwiąc zielono.
Zielonkawy poblask zniknął zupełnie, a klęczący położywszy dłonie na kolanach pochylił się lekko przymykając oczy. Trwał tak kilka długich chwil, póki ognisko nie rozbłysło ponownie zielonkawym płomieniem, tym razem o wiele intensywniejszym. Gdy zgasł ognisko zaledwie się żarzyło.
Uniósł głowę wpatrując się uważnie w wylot ścieżki po przeciwnej stronie polany. Mrok rozpraszany jedynie bladym światłem gwiazd i Księżyca, długie do ramion włosy i znaki uczynione kolorową glinką dodawały powagi jego dwudziestoletniej twarzy.
Krzaki przy ścieżce rozchyliły się niemal bezszelestnie, mimo to nie uszło to uwagi młodzieńca. Na polanę wkroczył wysoki, dość potężnie zbudowany mężczyzna odziany w len i futra. Gdy zbliżył się na kilka kroków, ognisko ponownie zapłonęło czystym płomieniem. Jego blask ukazał niesamowite podobieństwo obu mężczyzn. Nowoprzybyły zdawał się być wyjątkowo wierną, choć o dobre pięć lat starszą, kopią klęczącego.
Młodzieniec powstał podchodząc do przybysza. Stanąwszy naprzeciw niego odszukał wzrokiem jego spojrzenie i uśmiechnął się ciepło. Padli sobie w objęcia witając się serdecznie.
Przywitawszy się zasiedli po obu stronach cicho trzaskającego ogniska i w milczeniu spożyli przygotowany przez młodzieńca posiłek. Skończywszy jeść nowoprzybyły sięgnął za siebie dobywając skromnie zdobionego fletu.
Cicha melodia oplotła polanę dopasowując swe brzmienie do tańca płomieni i szmeru drzew. Skończywszy grać odłożył instrument obok siebie. Spojrzał znamysłem na młodzieńca i rozpoczął opowieść.
Opowiadał o społeczności skazanej na dawno przepowiedzianą zagładę, wciąż jednak walczącej w imię swej niemalże przegranej sprawy. O wielokrotnych, wciąż nieudanych, próbach zjednoczenia, przygotowania się wspólnymi siłami do nadchodzącej ostatecznej potyczki. Opowiadał o największych bohaterach tego ludu, o ich największych dokonaniach, a duma wprost przepełniała jego głos i serce. Gniew i nienawiść zajmowały jej miejsce, gdy mówił o zdrajcach i ich haniebnych postępkach. Gorycz zaś odbierała mu głos, gdy wspominał najgorsze błędy, wszystkie wynikające ze słabości ducha. W tych chwilach zwracał twarz ku jaśniejącej ponad polaną tarczy Febe i szeptał cicho prośby o wybaczenie...
Wraz z nadejściem świtu zakończył ostatnią ze swych opowieści i spojrzał uważnie na wciąż zasłuchanego młodzieńca. Uradował się widząc, że wszystkie słowa zostały dobrze zrozumiane i utrwalone w jego sercu.
Młodzieniec otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na niego ze smutkiem.
- Proszę cię, pozwól mi pójść z tobą, Który Splatasz Słowa - powiedział patrząc mu prosto w oczy wzrokiem pełnym nadziei.
- Doskonale wiesz, że to niemożliwe, Marcinie - spokojnie odparł starszy - Jakkolwiek okrutnie to brzmi, nie ma dla ciebie miejsca pośród nas... Nie jesteś jednym z Ludu.
Młodszy z mężczyzn pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Czy ma to oznaczać, że uważacie mnie za kogoś gorszego? - wybuchnął - Przecież jestem wam Pokrewny. Czy to nic nie znaczy?
- Tak, jesteś nam Pokrewny, lecz wciąż nie jesteś jednym z nas. Nie zostałbyś zaakceptowany - spojrzał mu w oczy ze współczuciem. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z uczuć w nim nabrzmiewających.
- Przecież tolerujecie Mieszańców, dlaczego kimś gorszym miałby być czystej krwi Pokrewny?- rozgoryczenie młodzieńca sięgało zenitu.
- Nie poradziłbyś sobie w tym społeczeństwie - nadal zachowywał spokój.
- Tylko dlatego, że nie mam Drugiej Skóry? Nonsens, nie pozbywacie się przecież tych, którzy utracili w sobie wilka... - żachnął się Marcin.
Ten, Który Splata Słowa westchnął cicho. Tak, chciałby by brat mógł się doń przyłączyć, razem z nim polować i bronić Matki.
- Nie zarzucaj sobie, Marcinie, że zawiodłeś Lud. Niewielu z nas zyskuje Drugą Skórę. Lud wciąż potrzebuje twej pomocy, lecz nie w takiej formie w jakiej chciałbyś mu ją zaoferować. Od kilkunastu miesięcy przekazuję ci na tej polanie wiedzę Ludu, abyś mógł chronić Pokrewnych przed powtarzaniem naszych błędów.
Powstał sprzed dogasającego ogniska i spojrzawszy na brata rzekł z uśmiechem.
- Być może jeszcze kiedyś zapolujemy razem. Tymczasem, bywaj...
Powietrze przed nim zafalowało mocno, wkroczywszy w nie zniknął zupełnie.
Marcin wpatrywał się jeszcze przez chwilę w miejsce zniknięcia brata. Spuścił głowę, łza spłynęła po jego policzku rozmazując wyrysowany glinką symbol.
Kawałkiem lnu starł znaki z twarzy, ugasił żar ogniska i uprzątnął polanę. Zebrał swe rzeczy i obejrzawszy się jeszcze raz w kierunku w którym odszedł jego brat ruszył wgłąb lasu. Czuł że los oszukał go nie obdarowując Drugą Skórą. Wiedział już gdzie powinien się udać...
* * *
Minęło już pół dnia odkąd wkroczył do lasu. Słońce ledwie prześwitujące poprzez gałęzie stało w zenicie. Świeżość poranka ustąpiła już dusznemu ciepłu sierpniowego dnia. Co pewien czas widział w oddali omijające go sporym łukiem zwierzęta. Zszedł ze ścieżki kierując się w gęstwinę. Po chwili marszu natknął się na truchło królika. Nie widać na nim było oznak rozkładu, mimo to było skurczone i wyschnięte. Zupełnie jakby ktoś je wyssał...
Marcin uśmiechnął się lekko ponieważ znaczyło to, że ten którego szukał nie zmienił miejsca zamieszkania, ani swych zwyczajów. Wiedział że był niemal u celu i teraz pozostawało mu jedynie czekać.
Usiadł pod drzewem rozłożywszy wokół swe rzeczy. Posilił się suszonym mięsiwem, popijając wodą ze skórzanego worka którą zaczerpnął rano ze strumienia. W oddali między drzewami zauważył wspaniałego łosia o wyjątkowo rozłożystych łopatach, podobnego tym, na które polowali jego przodkowie. Obserwował go przez chwilę, po czym ułożył się na listowiu między konarami, by zdrzemnąć się odrobinę.
Przebudził się, gdy zmierzch już nadszedł. Pozbierał rzeczy i ruszył dalej. Gdy po chwili zauważył na swej drodze ślady samotnego wilka przykucnął by się im dokładniej przyjrzeć. Uśmiechnął się lekko, widząc że wilk który je zostawił nie miał pazurów w lewej przedniej łapie, a sam jej ślad miał zastanawiająco rozedrgane i koślawe kontury.
A więc znalazł go. Tu rozpoczynała się jego Domena, o czym świadczyły chociażby prymitywne znaki jakie zostawiał na drzewach, a które imitować miały glify używane przez Lud.
Marcin zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa na jakie się narażał wkraczając na te tereny, lecz czynił to z nadzieją iż pan tej ziemi nie zapomniał o przysłudze którą był mu winien.
Przeszedł jeszcze kawałek nim poczuł delikatne drżenie ziemi, wyraźnie zbliżające się ku niemu. Przystanął nasłuchując, lecz usłyszał jedynie skrobanie pazurków wspinającej się nieopodal wiewiórki. Odłożył na ziemię niesione przez siebie rzeczy i poprawił nóż umocowany przy pasku. "Zapewne nie zda się na wiele" pomyślał "Ale być może przynajmniej duch opiekujący się tym przedmiotem utrzyma go na dystans, lub zaintryguje".
Wtem ziemia zadrżała mocniej płosząc wiewiórkę. Tuż przed Marcinem utworzył się niewielki, podobny kreciemu, kopczyk. Buchnął z niego z głośnym sykiem strumień pary. Marcin cofnął się o krok obserwując jak kłębiąc się gęstniała, formując sylwetkę człowieka. Gdy dopełniła się transformacja przed Marcinem stanęła niewysoka postać starszego mężczyzny owiniętego luźno w futra. Długie, zapuszczone włosy zaplecione w koraliki, zaniedbany ubiór, oraz dzikie wejrzenie mogły sprawiać iż ludzie lękali się jego widoku, wrażenia dopełniał chropowaty głos dobywający się jakby z głębi trzewi. Jego lewa dłoń była poskręcana, wyglądała na dotkniętą zaawansowanym artretyzmem. Marcinowi przypominała jednak odpychające nieraz deformacje ciała jakie widywał u niektórych Mieszańców. Względny spokój Marcin zachowywał jedynie dzięki obyciu z Ludem skwapliwie korzystającym z dobrodziejstw Drugiej Skóry.
- A więc czegóż szukasz w mym domu, człowieczku? - wychrypiała postać - Czyżbyś nie był świadom na czyj teren wkroczyłeś? - krzywy uśmiech wypełznął na jego pomarszczoną twarz.
- Szanuję twoją Domenę, Samotniku - Marcin starał się być możliwie najgrzeczniejszy - Jest jednak tak rozległa, że nawet skowyt jednego z Ludu nie sięga jej głębi. Postanowiłem więc przekroczyć jej granice, by móc oznajmić ci swoje przybycie. Jak sam widzisz, nie skradałem się. Szukałem cię, jako że twa odwieczna wiedza może być mi pomocną.
- Uważasz więc, że podzieliłbym się z tobą moją wiedzą, człowiecze? - oczy Samotnika wypełniły się złowrogimi iskrami - Cóż możesz mi zaoferować w zamian prócz swej nędznej egzystencji?
- Na rubieżach twej Domeny ukryłem skórzany worek, taki sam jak ten, w który przyniosłem wodę - wskazał otwartą dłonią na leżący na ziemi przedmiot - Jednakże jest między nimi znacząca różnica. Tamten nie niesie w sobie wody, lecz jest dla ciebie jeszcze cenniejszy, niż ten tutaj dla mnie. Możesz przechowywać w nim jego zawartość przez rok, a nie straci ona swych właściwości.
Samotnik spojrzał na niego nieco zaskoczony, w jego spojrzeniu pojawiło się nawet coś na kształt uznania. Nie oczekiwał, że ten człowiek może mu dać cokolwiek interesującego, a perspektywa posiadania znacznej ilości lupińskiej vitae była aż nader kusząca.
Młodzieniec zdawał sobie sprawę z konsekwencji jakie wyciągnie wobec niego starszyzna szczepu, gdy dowie się że pertraktował z Powstałym, zwłaszcza że czynił to używając jako argumentu krwi upuszczanej chorującemu wojownikowi Ludu zamkniętej w specjalnie spreparowanym pojemniku by nie krzepła.
Z drugiej strony już kilkakrotnie spotykał się z odmową ze strony starszyzny i nie zamierzał teraz przejmować się jej zakazami, tym bardziej że posłuszeństwo oznaczałoby zaprzestanie dążenia do wyznaczonego celu.
- Przypuśćmy, że mówisz prawdę, a ja ci wierzę - na jego twarz powróciła nędzna imitacja ironicznego uśmiechu - Przypuśćmy, że byłbym skłonny przystać na wymianę przysług. Czegóż oczekujesz ode mnie?
- A więc nadal mnie nie poznajesz, Samotniku. To ja jestem Marcinem z Radowic, Pokrewnym Dzieciom Matki, twym oswobodzicielem sprzed lat. To ja zdjąłem z twoich nóg sidła w które wpadłeś wycieńczony ucieczką przed czymś, czego nigdy potem nie dane mi było zobaczyć.
Samotnik spojrzał na niego zaskoczony, wyglądał tak, jakby ujrzał go po raz pierwszy i nie bardzo wiedział jak powinien postąpić. Zadrżał na wspomnienie istoty która zmusiła go do ucieczki tamtej feralnej nocy. Rzeczywiście, ktoś uwolnił go z sideł, lecz był tak przerażony, że natychmiast stopił się z ziemią szukając schronienia pod jej powierzchnią. Nie przejmował się wtedy zbytnio tożsamością swego wybawiciela, ani jego losem na powierzchni.
- Tak, przypominam sobie, Marcinie z Radowic - rzekł chwilę później, uspokoiwszy się nieco - Winnym ci przysługę, a dar który mi przynosisz jest zacnym. Jak więc mogę spłacić swój dług?
Marcin był mocno zaskoczony łatwością z jaką toczyła się konwersacja z Samotnikiem. Nie przypuszczał, by ten na starość złagodniał. Mógł jedynie przypuszczać, że to co przyniósł było dla niego po wielu latach odżywiania się zwierzęcą krwią nie lada rarytasem. Spostrzegł również, że Samotnik zerkał co chwilę dość niepewnie na nóż przytroczony do jego pasa. "Więc jednak robi na tobie wrażenie, pijawko? Tym lepiej dla mnie" pomyślał z zadowoleniem.
- Jak wiesz pochodzę z Ludu, jednakże, w przeciwieństwie do mojego brata nie zostałem obdarzony Drugą Skórą - przemówił pewnie młodzieniec - Wiem, że mimo nie pochodziłeś z Ludu, nim obarczono cię klątwą, umiesz zmieniać swe kształty tak, jak czynią to posiadający Drugą Skórę.
Samotnik uśmiechnął się w wyjątkowo paskudny sposób "Młodzieniaszek powodowany zwykłą zazdrością wkroczył do mojej Domeny i prosi o udzielenie mu mocy. Jakież to żałosne. Mimo wszystko winien mu jestem przysługę, zatem wyprowadzę go przynajmniej z błędu".
Stary Samotnik mógł być odludkiem i dzikusem, ale jedną z ważniejszych cech ocalałych z przeszłego życia był szacunek dla ludzi honorowych i przestrzeganie dyktowanych przez honor zasad.
- Posłuchaj uważnie, Marcinie z Radowic. Mógłbym obdarzyć cię moją mocą, byłbym nawet do tego skłonny, jeśli twoja część umowy okazałaby się być prawdą, byłoby to jednak możliwe jedynie gdy uczyniłbym cię sobie podobnym - na te słowa Marcin aż cofnął się wykrzywiając twarz w grymasie odrazy. Samotnik nie skomentował tej reakcji. Kwitując ją jedynie złośliwym uśmiechem kontynuował - Dałoby ci to moce których pragniesz, ale jednocześnie uniemożliwiłoby ci powrót do twego ludu i w rezultacie zniweczyłoby twoje marzenia. Odejdź zatem, nie jestem w stanie ci dopomóc, ty zaś płoszysz mą zwierzynę swym wilczym zapachem...
Marcin stropił się wyraźnie słysząc słowa Samotnika, choć w sercu dziękował mu za uczciwość tak rzadko spotykaną pośród istot tego rodzaju.
- Zatem, niech tak będzie. Odejdę z twojej Domeny, Samotniku. Swą uczciwością spłaciłeś dług, worek ze swoją zawartością należą do ciebie. Ukryłem je między konarami dębu rosnącego nieopodal strumienia stanowiącego jedną z granic twego terytorium. Nie powinno być problemów z odnalezieniem go. Żegnaj, Samotniku, niech las szczodrze się z tobą dzieli swym bogactwem.
Samotnik wzruszył tylko ramionami, jako że nigdy nie lubił zwyczajowych formułek używanych tak często przez Lud. Nie uznając za stosowne żegnać się z człowiekiem obrócił się w kłąb pary i zapadł się ponownie na dobry metr pod ziemię. Jedynie słyszalne jeszcze przez chwilę odgłosy dawały świadectwo jego obecności.
Gdy Samotnik oddalił się na dobre młodzieniec wyruszył w drogę powrotną. Strapiony porażką wkroczył na ścieżkę prowadzącą do borów należących do jego szczepu.
* * *
Szum drzew otaczających wzgórze wyrastające nieopodal uświęconego miejsca Ludu uspokoił Marcina. Spędził tam już pół dnia, odpoczywając pośród Ludu i bawiąc się ze szczeniętami wilczych Pokrewnych. Był jedynym ludzkim Pokrewnym dopuszczonym do oglądania tego miejsca, a i to miało miejsce jedynie dzięki pozycji i reputacji swego brata.
Nagle zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili ktoś za nim stoi. Poderwał się na równe nogi. Przed sobą ujrzał radosną, niemal wesołkowato uśmiechniętą twarz dość starego już Mistrza Rytuałów. Natychmiast uderzyło go wspomnienie innego Theurge, Nauczyciela jego i Splatającego Słowa. Nauczyciel ten zdecydował się na Rytuał Zimowego Wilka. Gdy starszyzna odmówiła mu wykonania tego rytuału udał się do oddalonego o tydzień drogi szczepu Szponów. Ci odprawili upragniony rytuał z całym szacunkiem i wszelkimi możliwymi honorami.
- Pozwól ze mną młodzieńcze - powiedział wskazując dłonią kierunek serca caernu.
Marcin, choć czasem przebywał w okolicach, nigdy nie ośmielał się naruszyć strefy sanktuarium. Teraz poczuł jednak, że skoro prowadzi go najstarszy Theurge, ma do tego niepodważalne i niezbywalne prawo.
Poczuł przypływ odświeżającej energii, gdy tylko zasiadł w centrum sanktuarium. Przepełniając ciało dodawała sił i oczyszczała umysł uspokajając rozchwiane emocje.
- Marcinie, wiem o twoich poszukiwaniach - odezwał się po chwili milczenia starzec - Wiem również, kogo odwiedziłeś kilka dni temu... - zawiesił głos.
Serce Marcina omal nie wyskoczyło mu z piersi z przerażenia. Wiedział że karą za utrzymywanie kontaktów z Powstałymi jest zazwyczaj śmierć, zasady tej przestrzegało nawet jego plemię. Powstali uznawani byli za szyderstwo z życia jakie daje swym dzieciom Matka, jako że wzorce energii które pozwalały im funkcjonować były niemalże identyczne z wypaczonymi wzorcami kreatur Węża. Powstałych nienawidzono niemalże na równi z Czarnymi Tancerzami,utraconym na rzecz Węża plemieniem Ludu.
- Nie lękaj się, nie zostaniesz za to ukarany - uspokoił go starzec - Gdyby jednak dowiedział się o tym Miażdżący Kości, byłby wściekły i z pewnością zażądałby dla ciebie przynajmniej wygnania. Wiem jednak jaka była twa motywacja. Wykazałeś się nie lada odwagą udając się w pojedynkę do Domeny Powstałego, na co nie zdecydowałby się niejeden z wojowników Ludu. Słusznie wybrałeś tego z nich, który jest nam najbardziej podobny, by móc przynajmniej po części przewidzieć jego poczynania. Nie popełniłeś jednak błędu, nie uznałeś go za identycznego nam, jako że mimo swego związku z naturą wciąż pozostaje Powstałym.
- Nie uznaj tego pytania, proszę, za brak szacunku, Starszy, lecz w takim razie w jakim celu wprowadziłeś mnie do centrum tego świętego miejsca? - zapytał nieco już uspokojony.
- Czy pamiętasz jak w młodości opowiadano ci o miejscu zwanym Cieniem Ziemi, świecie podobnym do tego w którym stąpasz, będącym jego wiernym odbiciem istniejącym niejako "obok nas"?
- Tak, Starszy. Widziałem wielokrotnie jak Lud korzystał ze swej umiejętności przenoszenia się do tego miejsca, by szybciej podróżować, lub rozmawiać z duchami - odparł Marcin.
- Otóż to, Marcinie. Teraz i tobie dana jest szansa odwiedzenia Krainy Duchów. Zabiorę cię tam, byś mógł porozumieć się z duchami przebywającymi w okolicy. Jeśli okażesz się godnym i uznają twe intencje za czyste, mogą podzielić się z tobą wiedzą niedostępną nawet dla mnie. Być może pomogą ci rozwiązać twój dylemat.
Zaskoczony nieoczekiwaną propozycją młodzieniec milczał przez moment, by potem, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu, wyrazić zgodę skinięciem głowy.
Starzec powstał podając Marcinowi niemal idealnie gładki otoczak o połyskliwej powierzchni i wyrytym na niej misternym glifem. Zanucił skomplikowany zaśpiew i powietrze przed nimi zafalowało mocno, tak jak wtedy, gdy Splatający Słowa opuszczał Marcina na polanie.
Theurge gestem zaprosił Marcina do wkroczenia w otwarte przejście. Młodzieniec zawahał się przez chwilę, po czym przestąpił przez falujące powietrze. Zaskoczyło go niecodzienne wrażenie wrażenie towarzyszące przekraczaniu bariery między światami. Mimo iż wszedł w przejście na wprost, to po drugiej stronie wyszedł bokiem, tak jakby przestępował wysoki próg.
Rozejrzał się po otoczeniu. Drzewa rosnące wokół sanktuarium były tu jeszcze potężniejsze, bardziej majestatyczne, wprost biła od nich aura potęgi natury. Wzgórze emanowało ciepłem kojarzącym się Marcinowi z matczyną miłością. Dominującym zapachem była woń leśnego runa po ciepłym, wiosennym deszczu.
Widząc ulubiony zagajnik szczeniąt, który ostatnio porósł młodymi drzewkami i krzakami i nie był już przez nie odwiedzany, szybko zorientował się że w tym świecie otoczenie kształtowane było nie przez ich materialne postaci, lecz przez emocje związane z danym miejscem, lub przedmiotem.
Ujrzał także w dali kogoś z Ludu, kto przebiegł z zadziwiającą prędkością przez okolicę i zniknął przechodząc do świata materialnego.
Tymczasem starzec wyciągnął nie wiadomo skąd dwa niewielkie bębny i położywszy je na ziemi począł wybijać na nich monotonny rytm. Zasłuchawszy się weń Marcin usiadł obok. Starzec z uśmiechem odstąpił mu jeden z bębnów, kładąc przed sobą kilka woreczków, a młodzieniec zaczął wybijać swój własny rytm wplatając go w rytm starca. Oba rytmy połączyły się ściągając w okolicę rozmaite duchy, jednego po drugim. Obaj spędzili wiele godzin na rozmowach z nimi. Część była całkowicie abstrakcyjna, jak Duch Gniewu, inne przedstawiały sobą mniej, lub bardziej namacalne wartości i idee, począwszy od Duchów Miejsc, Zwierząt, po Duchy Żywiołów. Niektóre w ogóle nie były skłonne do rozmowy, inne nastawione były niemalże wrogo. Niektóre jednak były całkiem chętne do współpracy i konwersacji.
Gdy powrócili do świata materialnego, Marcin dzierżył niewielką księgę w której Theurge przy pomocy glifów spisał informacje dotyczące dziwnego rytuału podane im przez jednego z Duchów Przodków, uzupełnione informacjami od Duchów Szału i Wilka.
Marcin wkroczył na wzgórze od razu rozpoczynając przygotowania do odprawienia rytuału. Nakreślił i wyznaczył kamieniami obszerny krąg na szczycie i zasiadł w środku. W samym centrum kręgu położył kawałek wilczego futra przebijając go na wylot nożem które ostrze na całej długości utkwiło w ziemi. Jego zaśpiew uniósł się na uświęconym wzgórzem.
W tym czasie do sanktuarium powrócił Miażdżący Kości. Pozostając w wilczej postaci i nie odrywając wzroku od wzgórza na którym młodzieniec odprawiał swój rytuał podszedł spokojnym krokiem do starca.
- Co ta małpa wyprawia w sanktuarium?! - warknął gniewnie.
- Uczy się co znaczy być wilkiem i człowiekiem. Pobiera tę samą lekcję którą musiałem włożyć do twojej głowy gdy byłeś jeszcze szczenięciem. Z pewną różnicą, on sam przyszedł do mnie by ją otrzymać. Przychodził po nią wcześniej, lecz nikt z was nie miał odwagi go wysłuchać - karcący głos starca spowodował dziwną zmianę w butnym przywódcy stada. Miażdżący Kości słysząc te ostre słowa położył po sobie uszy i spokojnie obserwował wzgórze.
Tymczasem Marcin dopełnił rytuału opisanego księdze przewracając się przez zatknięty w ziemi nóż i klękając już poza kręgiem. Poczuł jak coś nieopisywalnego dzieje się z jego ciałem, jakaś wewnętrzna siła rozciągała je, wyginając i deformując kości. Wrzasnął czując przeszywający ból.
Miażdżący Kości usłyszawszy krzyk zerwał się by pobiec na szczyt wzgórza, lecz gest Theurge osadził go w miejscu.
- To jego wybór i jego próba. Być może zaraz ujrzysz coś, czego nigdy byś się nie spodziewał.
Ciało Marcina deformowało raz za razem, przelewając się między postaciami wilka i człowieka. Teraz już nie klęczał. Wył z bólu tarzając się po szczycie wzgórza. Gdy sturlał się ze wzgórza, przemiany zatrzymały się na postaci sporego, szarego wilka. Poderwał się i skoczył w kierunku lasu. Wbiegł między drzewa wdychając całą gamę nowych, dotychczas nieznanych zapachów.
Cały las przemawiał do niego zapachem, niemalże czuł jego tętno. Było to tak bliskie wrażeniom z Cienia, że przez chwilę przeraził się, że nie będzie w stanie wrócić bez pomocy Theurge. Po chwili jednak jedynym co wypełniało jego umysł były wrażenia z szalonego, pozbawionego celu pędu przez las. Przeskakując nad kolejnymi powalonymi pniami zauważył jak zwinna jest jego nowa postać. Zatrzymał się obok jednego z nich, by na grubej jak ramię dorosłego mężczyzny gałęzi wypróbować siłę swych szczęk. Z satysfakcją przyjął suchy trzask z łatwością zgruchotanego drewna. Pobiegł dalej. Pomiędzy drzewami zamajaczyły mu sylwetki podążających za nim wilczychkuzynów. Poczekał, aż młode wilki zbliżyły się do niego, nieco onieśmielone. Rozpoznał wśród nich szczenięta z którymi zwykł się bawić na wzgórzu sanktuarium. Nie znał ich języka, lecz czuł z nimi niesamowicie silną więź, jakby wszyscy byli szczeniakami z tej samej matki, wychowującymi się razem od urodzenia. Był znacznie większy od nich, masywniej zbudowany. Nie wiedział czy to dlatego że był starszy, czy wiązało się to z rytuałem. Wilki uznały w nim zwierzchnika, ruszyli całą watahą przez las. Polowali razem przez cały dzień.
Pod wieczór wrócili do sanktuarium. Zmęczony Marcin ledwo doszedł na wzgórze, gdzie już oczekiwali go siedzący w kręgu Theurge, Miażdżący Kości, oraz, co zdziwiło go najmocniej, Ten Który Splata Słowa. Starzec skinął lekko głową.
- Czy już wiesz kim jesteś, Marcinie z Radowa, Pokrewny wobec Ludu? Jesteś wilkiem, czy człowiekiem?
Marcin przeturlał się ponownie przez nóż wbity w ziemię wracając do ludzkiejpostaci. Wyciągnął nóż z ziemi i schował go za pas.
- Ja... Jestem... z Ludu... - odparł ciężko dysząc.
Ten Który Splata Słowa powstał i zawołał gromkim głosem słyszalnym w całej okolicy sanktuarium:
- Niech więc i tak się stanie! Niech będzie wiadomym wszem i wobec, że Marcin z Radowic, Pokrewny wobec plemienia Dzieci Matki, dziś pozyskał Drugą Skórę i nowe imię! Od dziś nazywać go będziemy Tym Który Jest Z Ludu!
Marcin uśmiechnął się lekko, po czym upadł na twarz mdlejąc z wyczerpania... Ostatnią jego świadomą myślą było "Wszyscy jesteśmy z Ludu...".