Wyszukiwanie

Rage Across Poland
Artykuły
Pieśni i opowieści
Scenariusze i bonusy
Kto jest kim
Świat Mroku
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Opowieść jesiennego księżyca
Ostatnia aktualizacja: 14 grudzień 2000
Autor: Przynoszący Wilka



Rozdzial I

napisany przez Przynoszacego Wilka


Wysluzony pentium, od dluzszego czasu katowany wymagajacym symulatorem
lotu, zaczynal rzezic. Wrecz slychac bylo, jak kolejne procesy grzezna
na zakorkowanych niczym krakowskie ulice szynach danych, wydajac z
siebie oszalale trabienie. Pierwsze objawy fatalnego funkcjonowania
maszyny pojawily niemal natychmiast po odpaleniu gry, z reszta w ogóle
program nie powinien na tak skonfigurowanym sprzecie dzialac, wiec nie
bylo sie czemu dziwic. Mimo to wyswietlane elektroniczne obrazy, chore
na pixeloze i poruszajace sie zabimi skokami wyraznie draznily
siedzacego przed monitorem chlopaczka, zdradzajacego w sposób coraz
wyrazniejszy objawy dzieciecej furii. Kilka chwil pózniej, bardzo
dobitnie juz zaprezentowawszy swoje zdenerwowanie kilkoma kopnieciami w
panele podlogowe oraz kilkunastoma uderzeniami joy'a w stól, ruszyl do
miejsca aktualnego pobytu rodziców. Najwyrazniej uznawal ich nawet jesli
nie za bezposrednich sprawców swoich lotniczych niepowodzen, to w kazdym
razie za glówna tychze przyczyne. Trzasnely pozbawione w zamierzchlych
czasach szyby drzwi pokoju, korytarz odbil szybkie kroki.

"Nie, nasz syn nie bedzie uczyl sie zadnej bijatyki! Nie zgadzam sie na
zadne kursy!", "Chlopak nie moze wyrosnac na jakiegos mieczaka! Jesli
dostanie w morde, musi potrafic sie bronic!", "Mówisz o obronie, a
uczysz go zabijania! Zginie potem przez to tak, jak jego ojciec!".
Klótnia rodziców. Rodziców?!?

Wscieklosc eksploduje pod czaszka, gdzies peka slaba zapora ludzkiej
swiadomosci rozgraniczajaca odmienne stany poczytalnosci pietnastolatka.
Chlopak blyskawicznie dopada wysokich drzwi wejsciowych mieszkania -
szarpniecie mosieznej klamki otwiera droge na schody; lomot lekkich
tenisówek po schodach wyznacza co trzeci stopien z niesamowita
dokladnoscia; gdzies w dole klatki schodowej pojawia sie na tej drodze
przeszkoda, potem juz tylko trzaska brama.
Szemrzacy, drazniacy dzwiek dygoczacych szyb podsumowuje gwaltowne
wyjscie mlodego czlowieka z mieszkania; jednakze nie dociera ów dzwiek
do mieszkania na drugim pietrze, w którym trwa nieodmiennie cotygodniowa
awantura domowa rodziców - zadziwiajace podsumowanie, memento istnienia
tego ludzkiego stadla. Tuz przy drzwiach z zasypanej smieciami podlogi
podnosi sie stara kobieta, w brudzie szuka drzacymi rekoma wytraconej
przez przebiegajacego niezbednej laski. Skrzywiona twarz sprawia
wrazenie maski naniesionej pedzelkiem posród typowych dla naszej
cywilizacji nasciennych malunków graffiti, maski skrzywionej z bólu,
maski charakteryzujacej wydarzenia wieczoru.

Bieg przez pustoszejace ulice, bieg poprzez uliczne skrzyzowania, bieg
po krzyzujacych sie szlakach wedrówek powracajacych juz o tej porze do
domów ludzkich mrówek. Mrówki codziennosci, codziennosc mrówek. On im
kiedys zburzy ich wlasne budowane latami mrowisko, to on kiedys
decydowac bedzie o kolejnym dniu malenkich zwierzatek. Wewnatrz umyslu
zaczynaja budzic sie jakies szokujace obrazy nieznanych nie przezytych
jeszcze dni i nocy; w jednej chwili przenosi sie on sposród tanczacych
wojowników nieznanego plemienia do ciemnej nory, w której oczekiwanie
zgestnialo niemal namacalnie i zaczynalo osiagac poziom przekraczajacy
tolerowalna norme. Migawki krótkie niczym blysk fotograficznego flesza,
nie tylko pozbawione informacyjnego znaczenia - one wrecz zaprzeczaly
istnieniu jakiejkolwiek swiadomosci!
Swiatla ulicznych lamp odbijaja sie w lustrach rozlicznych kaluz,
moknace w dreczacej miasto mzawce galezie drzew obmacuja okoliczna
przestrzen, cichutko szemrza kanalowe scieki miasta. Woda opadajaca
bezustannie od kilku godzin omywa dachy, asfalt, parasole. Pojedyncze
krople spadaja przed okiem biegnacego, wgryzaja sie w skóre i wciskaja
pomiedzy wargi dajac posmak tego samego kwasu, który rozpuszcza wiekowe
dachy Wawelu, kosciola Mariackiego i elewacje niezliczonych kamieniczek.
One jednakze zostaja obok, nie stanowia punktu odpowiedniego do
zatrzymania wzroku czy osoby w owych chwilach nieokreslonego biegu
poprzez przestrzenie starego miasta. Gdzies poza skulonymi plecami sa
pozostawione dni z przeszlosci, wieczory puste niczym smetna gra
komputerowa, debilna niczego nie uczaca szkola, jacys pozbawieni
znaczenia ludzie. Przeszlosc inna od terazniejszosci, terazniejszosc
inna od przyszlosci - dni przeszle i dni nadchodzace w tym samym czasie,
w jednym miejscu.

Upadek, fizyczne zetkniecie dloni ramion brzucha twarzy nieomalze z
twardym asfaltem sciezki prowadzacej zazwyczaj zakochanych przez planty.
Cialo odruchowo podejmuje próbe podniesienia sie z tej nienaturalnej
pozycji, która powstrzymuje nagle uswiadomiona obecnosc obcej osoby tuz
obok. Mezczyzny, który cos mówi; jego slowa po chwili przebijaja sie
przez zapadajacy zmrok, przez zmeczenie, deszcz i wscieklosc lezacego.
"No, szczeniaku, dawaj kase. Ale juz, nie bede czekal do rana! No co
sie, kurwa, zastanawiasz: dawaj szmal!" Slowa pobrzmiewaja ponad ciemnym
podlozem, i zupelnie jak gdyby odbijajac sie zyskiwaly nowe znaczenie.
Slowa brzmia, glos mówiacego staje sie powoli warkotem, tak - warkot
zaczyna coraz wyrazniej pobrzmiewac... ponad slowami. Warkot... dzwiek
który obnaza kly i gleboko ukryta istote tego czlowieka. Warkot...