Wyszukiwanie

Rage Across Poland
Artykuły
Pieśni i opowieści
Scenariusze i bonusy
Kto jest kim
Świat Mroku
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Opowieść jesiennego księżyca III
Ostatnia aktualizacja: 23 luty 2001
Autor: Przynoszący Wilka



Rozdział III

napisany przez Przynoszącego Wilka

Dwa lata temu chłopak był w Stanach, w mieście Saint Paul znajdującym
się o kilka mil od stolicy stanu Minnesota - Minneapolis. Kilka
zmarnowanych za oceanem miesięcy, w czasie których starał się nie dać
zniszczyć dzieciakom w miejscowej szkole; kilka miesięcy totalnej
udręki, podczas gdy jego ojciec dokonywał cudów usiłując znaleźć pracę w
tym lub którymś z sąsiednich stanów. Niestety, nie udało mu się dotrzeć
do Chicago, gdzie być może szanse zatrudnienia dla doskonale
wykształconego inżyniera metalurga byłyby większe. Po trzykroć
zaprzepaszczony czas, dla nich obu. Ojciec powrócił biedniejszy, niż
wyjechał, syn głupszy i jeszcze mniej skłonny do znalezienia się w życiu,
w miejscu wyznaczonym mu przez rodzinę. To w tym okresie zaczął mieć
kłopoty w szkole - nie chciał, bardziej niż nie mógł nadrobić materiału,
sam dla siebie nie potrafił dostrzec celu życia: egzystował więc na
granicy upadku. Rozdarty w chwili najintensywniejszego wzrostu młodego
człowieka, pomiędzy dekadencją i brudem amerykańskiej ulicy, a typowo
polskim przekonaniem o bezsensie podejmowania jakichkolwiek działań,
powoli staczał się; w huku miejskiego hałasu, w milczeniu zaciętych ust.
Pewien obraz tego, kim był - a może raczej kim nie mógł do końca się
stać - była jego szafa: mniej więcej w połowie zaśmiecona kolorowymi,
niedopasowanymi szmatami ulicznego punka, w drugiej części zapełniona
czernią lśniącą ćwiekami i ozdobiona ponurymi nadrukami metalowych
zespołów. Jedyny jego wyjściowy strój wisiał w garderobie rodziców; znak
panujących w domu układów? Być może. Minnesota...
W szkole wiele opowiadał o Stanach, o panujących w tamtym kraju
układach, o zwyczajach i społecznych normach - na tyle, na ile (będąc
jeszcze wtedy dzieckiem) mógł je zrozumieć i przyswoić. Lekcje, których
nie rozumiał, zadania, których wykonać nie potrafił: oto jaką puszkę
Pandory przywiózł ze sobą. Mówił o Minnesocie, niezdecydowany co do
swego pragnienia powrotu do tego wielkiego kraju za Atlantykiem. Mówił,
opowiadał tak nieustannie o wszystkim, aż zaczęto w szkole nazywać go
nazwą tego stanu. Teraz Minnesota leży na mokrym asfalcie dróżki, przed
oczyma jego tańczą wielobarwne przepływające same przez siebie i łączące
się w swym nieodgadnionym ruchu plamy. Jego umysł tańczy, znów czuje się
jak w innym świecie - zupełnie, jak gdyby powrócił na ulicę
amerykańskiego miasta. Zaczyna pracować w wyuczonym rytmie - tym, który
poznał wiele setek mil stąd.
Chłopak powoli skupia wzrok na najbliższym stałym punkcie, po krótkiej
chwili okazuje się on leżeć na powierzchni pnia parkowego drzewa. Znów
mijają sekundy, a w czasie ich trwania Minnesota, szybko poruszając
gałkami oczu, zapoznaje się z sytuacją w najbliższym otoczeniu. Brak
bezpośredniego zagrożenia nie oznacza jeszcze bezpieczeństwa; wzrok
chłopaka kieruje się nieco dalej, gdzie dostrzeżony został ruch. W
odległości kilkudziesięciu kroków... chwila skupienia... tak, tam trwa
walka. Starcie dwóch przeciwników, nierówny - jak teraz daje się zauważyć
pojedynek: oto bowiem walczą nie ludzie, a pokraczne monstra! Jedno z
nich przypomina nieco gigantyczną krzyżówkę człowieka z psem, drugie
przypomina kształtem wielofunkcyjną uniwersalną kosiarkę - tyle
migoczących w ruchu ostrzy, rozsianych jest po jego ciele, miast kończyn.
Kosiarka szatkuje błyskawicznymi cięciami powietrze wokół niej, od czasu
do czasu trafiając ciało przeciwnika. Gigant już osłabł, w blasku
ulicznych, żółtawych latarni dostrzec można jego posokę, rozchlapaną na
tym zaimprowizowanym ringu. Minnesota powoli rozwiera ze zdumienia
usta...
... z których wyrywa się ryk wściekłości przemieszanego z nutami bólu;
oto odzywa się nie przebudzona dotychczas część chłopaka - ten fragment
jego osoby, który pamięta kształty postaci owych walczących
nadnaturalnych monstrów. Pokonując wpierw ograniczenia własnego ciała -
kompletnie nieprzywykłego zarówno do gwałtownych zmian rozmiaru i
kształtu, jak i do poruszania się w sposób odpowiadający nowo przyjętej
formie - następnie zaś dzielący go od przegrywającego walkę Garou,
Minnesota uderza od tyłu na wspólnego wroga. Jego kolejne ciosy,
zadawane z błyskawiczną szybkością, jaką dać może jedynie szał
zmiennokształtnego, w krótkim czasie powalają na czarną płaszczyznę
asfaltu żmijowy pomiot. Jeszcze tylko skowyt, który oznajmi okolicy
pojawienie się nowego władcy przestrzeni skonstruowanej z betonu przez
dzieci tkaczki.
- Co to jest, mamo? Boję się. Przytul mnie, boję się. Tam jest zły
potwór - mamrocze w stanie półsnu mała dziewczynka, zamknięta w którymś
z pokoików pobliskiej kamienicy. Jasnowłosy aniołek, który już po kilku
sekundach śpi snem tak słodkim i niewinnym, że chowają się przy niej
wszystkie złe duchy.
Minnesota spogląda na arenę swojego zwycięstwa, niezupełnie jeszcze
zdając sobie sprawę z niedawnych wydarzeń. Tuż przy krawędzi wyblakłej
zieleni trawnika, dostrzega skórzany portfel; "mam taki sam" myśli,
następnie sprawdza kieszeń podartych niemal doszczętnie spodni. Palce
napotykają pustkę. Leżący po przeciwnej stronie ścieżki człowiek o
wyglądzie ulicznego kloszarda, wyciąga rękę w stronę... jego portfela.
Jego pieniędzy. Cichy warkot obnaża zęby chłopaka; ciało znów zdaje się
powiększać.
- Zostaw. To moje! - wyrywa się z wykrzywionych ust.