Ostatnia aktualizacja: 24 marca 2001
Autor: Bartosz Chilicki
Albin, "Beats-Any-Damn-Viper" ("Przewyższa Każdą Cholerną Żmiję"), Metys, Adren Galliard Milczących Wędrowców, Mistrz Opowieści jednego z warszawskich szczepów;
Jest jednym z niewielu Wędrowców, którzy zdecydowali się ograniczyć swą działalność do pewnego terenu, na którym są najaktywniejsi. Dla niego terenem tym jest ogólnie pojęte Mazowsze, w większej skali cała Polska. Funkcjonuje jako posłaniec oraz mediator pomiędzy polskimi szczepami, rzadko opuszcza Polskę, najczęściej można go zastać w okolicach któregoś z mazowieckich caernów gdzie rozwiązuje kolejny konflikt.
Według spekulacji i plotek pojawiających się w każdej z warszawskich watah jego imię nadane mu zostało z jednego z następujących powodów. Według pierwszej wersji jego głos jest tak hipnotyzujący, że wprawia w swoisty trans każdego słuchacza. Miało to spowodować że będący w gościnie szczepu Księżycowy Tancerz Fianna wyraził swe uznanie właśnie tymi słowami - "He whispered to me and it was so soothing, so hypnotizing. I began falling into some kind of a deep trance. As I was listening to his story I almost ceased to move or breathe. Dear Gaia. Is he of the Nagah? In my humble opinion he beats any damn viper...".
Kolejna wersja twierdzi iż takie imię nadano mu ponieważ był jednym z najbardziej rwących się do walki z poplecznikami Żmija i poprzysiągł sobie oczyścić Warszawę z jego manifestacji przed wyruszeniem w dalszą drogę. Ta wersja uległa pewnym modyfikacjom i z nich wynika, iż przyczyną nadania mu takiego a nie innego imienia była jego niewysławialna nienawiść do Setytów i to, że powyższa przysięga dotyczyła głównie eradykacji Setytów na terenach miasta ("Nie twierdzę że należy zniszczyć literalnie każdego Kainitę, lecz nie mogę ścierpieć agentów Żmija rozsiewających swe plugawe nasiona tam, gdzie mieszkają ci którymi się opiekujemy. Być może inni nie potrafią się zmobilizować do zdecydowanych działań, przyznać do swych słabości. Mam zamiar działać, podjąć walkę i odejść dopiero gdy zostanie zakończona. Przewyższam każdą cholerną żmiję...").
Ostatnia wersja jest dość powszechnie uznawana za wymysł Gnatożui, choć wielu z nich potwierdza taką kolej wydarzeń. Według Żujących Kości Albin wszedł w konflikt z Ventrue mającym swą kryjówkę nieopodal miejsca zamieszkania jego Krewniaków i "wypasającym" na nich swe ghule. Po wielokrotnych scysjach i przepychankach politycznych (nie mógł go zlikwidować, by nie sprowokować Księcia Miasta, również Ventrue) podszedł Kainitę i wymógł na nim następujący układ : jeśli Ventrue wymyśli jakiekolwiek formy pojedynek, wyłączając walkę, oraz pozwoli mu na wybór terenu na którym tenże pojedynek miałby się odbyć, a on mu ulegnie, wtedy nie będzie go więcej nachodził. W przeciwnym wypadku Ventrue musiałby oznajmić swemu Księciu że z własnej i nieprzymuszonej woli oddał swą Domenę garou lokalnego szczepu i nie zamierza walczyć o jej odzyskanie. Ventrue szybko się zdecydował. Jako że Wędrowiec często przechwalał się prędkością swego biegu, Ventrue wyzwałgo na wyścig. Podczas wyścigu i przygotowań do niego tak garou, jak i Ventrue mieli móc używać swych zdolności i kontaktów. Garou zjawił się na zamkniętym i odseparowanym na ten czas od ludzi Torze Wyścigów na Służewiu bez żadnych popleczników ani wyposażenia, natomiast Kainita przyjechał nowiutkim, błyszczącym Viperem GTS. Wyścig, co prawda ze sporym wysiłkiem, używając Darów i przyjmując postać crinos, wygrał Wędrowiec. Według obserwujących pojedynek Gnatożui rozgoryczony Ventrue przed odejściem rzucił tylko przez ramię w swym ojczystym języku "With such Gifts and abilities I would beat any damn Viper...". Nie byli jednak zgodni co do tego, co lub kogo dokładnie miał na myśli...
Albin jest metysem, co nie pozostaje bez wpływu na jego aparycję. Smukły, świetnie zbudowany liczy dobrze ponad metr osiemdziesiąt ważąc przy tym około siedemdziesięciu kilogramów. Śniada cera mocno kontrastuje z sięgającymi ramion, spiętymi w kitkę śnieżnobiałymi włosami albinosa. O ile skaza metysa która rozjaśniła jego włosy nie wpłynęła zanadto na odcień cery, to jego oczy są niemal "takie jak powinny". Mają jasnoczerwone tęczówki, jedynie ich białka są niesamowicie rozjaśnione, białe aż do granic postrzegania, zdają się niemalże świecić. Mało kto potrafi wytrzymać ciężar ich spojrzenia gdy Albin patrzy w gniewie. Przekazują wiernie to, co gra w jego przebogatej duszy, czy będzie to smutek, nienawiść, czy bezgraniczna ufność.
Ubiera się dość prosto, ale możliwie elegancko, zwykle są to podniszczone spodnie i takaż marynarka, lekko znoszone półbuty, oraz jasny prochowiec, jedyna jako takko zadbana część garderoby.
Jako metys został odrzucony przez watahę swej matki, która zaraz po krótkim postoju w Warszawie ruszyła dalej. Pozostawiono go opiece Gnatożui, co wpłynęło znacznie na jego sposób bycia. Mimo iż jest świadom swego pochodzenia, czuje i nazywa się Milczącym Wędrowcem, to jego "knajacki" stosunek do otoczenia i niewrażliwość na nawet najbardziej odrażające przykłady "gnatożujskiej estetyki" nie pozostawiają wątpliwości co do warunków i otoczenia w jakich się wychowywał. Tym niemniej będąc metysem dorastał pośród garou, co w połączeniu z faktem, iż jest Galliardem dawało mu szansę zdobycia sporej ilości wiedzy o mieście w którym przyszło mu mieszkać.
Zawsze skory do opowiedzenia kilku anegdot o stolicy ma szczególnie sentymentalny stosunek do najbardziej "gnatożujskiego" okresu i rejonu w historii Warszawy, a mianowicie Powiśla z okresu międzywojennego, oraz okupacji hitlerowskiej. Z tego również powodu jego ulubioną spelunką jest ukochana knajpa wszystkich Gnatożui miasta - dzisiejsza "Karczma Słupska", a dawna "Sielanka", ulokowana przy ulicy Czerniakowskiej. Płynnie posługuje się starą, niemal juz zapomnianą gwarą warszawską, dokładniej jej specyficznym czerniakowskim dialektem, zwanym popularnie "Wiechem" od nazwiska Stefana Wiecheckiego, człowieka który zdołał tę gwarę skodyfikować i spisawszy utrwalić.
Grzecznie poproszony sypie jak z rękawa historiami żywcem wyjętymi z klimatów Grzesiuka i Tyrmanda, podpity wyśpiewuje cały repertuar podwórkowych kapel pokroju Kapeli Czerniakowskiej Staśka Wielanka, a gdy się wścieknie krzesa piramidalnie skomplikowane "wiązanki" potrafiąc nieraz zwymyślać całą "Sielankę" nie używając ani jednego wulgaryzmu, a czasem nawet wyrazu uznawanego powszechnie za pejoratywny.