Wyszukiwanie

Rage Across Poland
Artykuły
Pieśni i opowieści
Scenariusze i bonusy
Kto jest kim
Świat Mroku
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Srebrne Szpony
Ostatnia aktualizacja: 26 lutego 2001
Autor: Dacarius



"Celem uniknięcia wzajemnego wyniszczania się oraz zagłady Węzłów, my, Zakon Hermesa i Zakon Werbeny, powołując się na werdykt Rady Dziewięciu Tradycji..."

      Trojanowska miała powód do dumy. Wprawdzie to, co ochrzczono już"Niewidoczną Wojną"skończyło się dosyć spektakularnym zwycięstwem Hermetyków, to jednak jej działania udowodniły Tradycjom, że było to pyrrusowe zwycięstwo. Nie tylko o mały włos cały świat dowiedziałby się o wojnie, to jeszcze w dodatku zniszczony został cenny Węzeł... Pomimo klęski, Werbena nie została pokonana...
      Herbst też się cieszył. Ale miał zupełnie inne powody. Tym razem o mało nie przegrali tylko z powodu sprzymierzeńców Trojanowskiej. Właściwie, to jeśli głębiej nad tym pomyśleć, wojna wybuchła przez nich, a dokładniej przez ich nieuzasadnione roszczenia wobec Węzła. Tak... on wie, że było inaczej, ale czy Rada musi o tym wiedzieć? Może uda się ich poszczuć na siebie, a wtedy Werbena straci swych najcenniejszych pomocników. A wtedy już nigdy nie ośmieli się zaatakować po raz drugi...

"... uznaje łódzki szczep Srebrnych Szponów winnym rozpętania bratobójczej wojny. Jako istoty dzikie i nie przystosowane do życia w cywilizacji, skazuje się Srebrne Szpony na wygnanie z miasta, a kontrolowane przezeń Węzły na konfiskatę na rzecz Zakonu Hermesa"

     "Że co?!!"- Szeimlera z trudem udawało się utrzymać dwóm rosłym samcom. Był bliski szału. Mały włos, a rozerwałby na strzępy wysłannika Rady Tradycji. A to by skończyło się dla Szczepu tragicznie. Wódz Wojny nigdy tak na prawdę nie pogodził się z klęską, a ostatnie wystąpienie zarówno ich wrogów, jak i tych, którzy podawali się za ich przyjaciół doprowadziło go do załamania. 
      - Zamilcz! - Iwanow groźnie zmierzył wzrokiem Wodza Wojny. 
      - Tak jest, Wasza Wysokość... - Niemiec spokorniał nagle. Szał go opuścił i teraz wyglądał na słabego, złamanego życiem.
      - A ty - kontynuował Król zwracając się do wysłannika - Powiedz swoim zdradzieckim panom, że nie zamierzamy poddać się ich woli. Garou nigdy nie podlegali Tradycjom i to się nie zmieni.
      Wysłannik spojrzał nienawistnym wzrokiem na stado, po czym zdał sobie sprawę, że każdy z obecnych mógłby rozszarpać go na strzępy, więc powstrzymał cisnące się mu na usta słowa. Garou słynęli z braku opanowania, a wybuch Szeimlera zdawał się to potwierdzać. Wstał więc i wyszedł, szybkim krokiem kierując się w stronę pozostawionego powozu.
      Król wstał i popatrzył na zebranych.
      - Dzieci Bogini. Nadeszła chwila, której dawno się obawiałem. Chwila, w której pozostaliśmy sami, gdyż nasi sprzymierzeńcy przeszli na stronę Ciemności. Teraz tylko my stoimy pomiędzy tym co zostało z dawnej Łodzi, a rozsiewaną przez Węża zgnilizną. Nasza puszcza upadła, nasze ziemie splugawiły wyziewy z fabryk, a nasze Caerny objął we władanie pomiot Ciemności. Lecz póki żyje choć jeden Garou, będziemy walczyć, nie przebierając w środkach.
      Azra - Chan popatrzył podejrzliwie na Srebrnego Kła.
      - Wasza wysokość, co ma oznaczać stwierdzenie"nie przebierając w środkach"?
      Król zignorował to pytanie i kontynuował
      - Dlatego chcę, by Szczep udzielił mi zgody na zawarcie traktatu z wrogami Tradycji. Wiem, że nie będzie to łatwe, gdyż oni są również pomiotem Węża. Ale nie wchodziliśmy sobie dotąd w drogę. Być może kiedyś staniemy przeciw nim, ale teraz musimy połączyć siły przeciwko większemu, niż oni zagrożeniu. 
      - Kim oni są? - rzucił pytanie Azra - Chan. I nie był w tym pytaniu osamotniony. 
      - Zakon Czarnej Gwiazdy...
      Po słowach władcy rozszedł się szept pośród zgromadzonych. Padały słowa takie jak"Pijawki"..."Nieumarli"..."Dzieci Nocy"... W końcu jeden z wodzów, czarny wilk z plemienia Lordów Cieni, wstał i powiedział:
      - to przecież zło w najczystszej postaci... ( szmer poparcia ), ale jest ich niewielu,a z posiadanej przeze mnie wiedzy wynika, że są wrogami naszych wrogów. Ja i moje stado popieramy pakt.
      Zapadła cisza.
      - Ja też - powiedział nieśmiało inny wódz.
      - I ja.
      - I ja.
      - A ja nie - warknął Azra - Chan. - To głupota.
      - Bez - Księżyca zarzuca głupotę Królowi ?! - ryknął Iwanow 
      - Tak. Taka jest rola błazna.
      - Ale pamiętaj wesołku, że błaznów czasem tracono !!!  Mówiąc to, Iwanow przemienił się
  w postać Bestii i rzucił na Oszusta. Na szczęście kilku innych Garou powstrzymało go przed atakiem.
      - Wynocha stąd! - wrzasnął za uciekającym Azra - Chanem. - Nie należysz już do Szczepu!
      Uciekający wybiegł na ulicę i wpadł do toczącego się wolno konnego tramwaju. Wcisnął konduktorowi kilka marek i usiadł spokojnie. Nawet ta garstka ludzi powstrzyma jego współplemieńców przed atakiem i groźbą zdemaskowania się... W końcu Ochrana może wziąć ich za rewolucjonistów albo Matka wie za kogo. Poza tym, kto wie, czy tajna policja nie posiada informacji o Ludzie...

* * *

      Spotkanie z  Czarną Gwiazdą było dosyć upokarzającym przeżyciem. W końcu jednak Pijawki obiecały pomóc, a także dać Szczepowi specjalny rytuał, który miał chronić przed sztuczkami Tradycji. Jednak oczywiście nie za darmo. Garou mieli złożyć przysięgę, że przez następne dziesięć pokoleń nie skrzywdzą żadnego członka Gwiazdy. A co gorsza, w darze pojednania żądały od Garou dostarczenia dziesięciu młodych kobiet i mężczyzn"w prezencie". 
      Iwanow z trudem stłumił w sobie szał. Siedzący po drugiej stronie stołu rokowań, wampir zastanawiał się szybko, widząc Przemianę rozmówcy, czy może nie zrezygnować z ostatniego punktu. Ale tamten błyskawicznie się opanował i powoli wyszeptał"zgoda".

 

* * *

      Była noc. Nad Bałutami zapadła duszna ciemność. Porządni mieszczanie, a tych nie było tu zbyt wielu, zaryglowali już drzwi na cztery spusty. Pozostali prowadzili swe mroczne życie w cieniu brudnych uliczek"dzielnicy złodziei". Gdzieś tam, ktoś komuś, wpakował nóż w bebechy. Jakaś kobieta rozwaliła głowę mężowi - pijakowi przy pomocy siekiery. Ot - zwykłe życie...
      Lecz ulicami, gdzie szła odziana na czarno grupa mężczyzn, nie biegali ulicznicy ani bandyci. Grupa swym wyglądem sprawiała, że ulice pustoszały. Nawiedzali te rejony często i większość wiedziała, że ci, co staną im na drodze, znikają. A stawy na Julianowie pełne były ciał ludzi, którzy"zniknęli". 
      Grupa zatrzymała się przed jakąś kamienicą. Trzech wpadło do środka. Kotłowanina. Brzęk tłuczonego szkła. Odgłosy walki. W sąsiednich oknach profilaktycznie zdmuchiwane są lampy... Po chwili grupa wychodzi, taszcząc swój łup. Wszystko ucicha.

* * *

      Miriam przeżyła już wiele takich najść. Była stara i dobrze znała te okolice. Jej młoda córka, Rosa, też już wiedziała o wszystkim. To"shilmulo", żywe trupy tak rozrabiają. Przybywają ze Zgierza, gdzie kryją się przed słońcem. Ale Miriam i jej córka były nietykalne. Pochodziły ze starego, jak tamci, rodu Ravnos, który zawsze miał u żywych trupów poważanie. Shilmulo zawsze omijały ich skromną chatkę. W końcu na mocy układu z nimi zawartego, Rosa miała urodzić dziecko, które teraz nosiła, po czym miała otrzymać Mroczny Pocałunek i istnieć wśród nich, pozostawiając niemowlę na wychowanie Miriam.
      Ale tej nocy Shilmulo rozwalili jej drzwi i porwali płaczącą Rosę. Miriam broniła się całą swą magią, ale jej sposoby, tak stare i wypróbowane przez przodków, nie działały... Uderzyła jednego z nich zaostrzonym kołkiem w pierś. Ale drewno ześlizgnęło się po skórze wroga. Napastnik pchnął kobietę na ścianę i wyszedł."To nie żywy trup !"pojawiła się myśl."To ktoś kto się pod nich podszywa!". A grupa już znikała w mrokach nocy, wioząc Rosę i jej nienarodzone dziecko w mrok. 
      - Oby was piekło pochłonęło! - wrzasnęła stara. A inni pochowali się, gdyż wiedzieli, że słowa starej kobiety mają moc...

 

* * *

      Następnej nocy, Azra -Chan wyskoczył z dorożki przy pałacu Poznańskiego. Rozejrzał się, po czym stwierdzając, że nikogo nie ma, przybrał wilczą formę, po czym pobiegł w stronę nekropolii na Ogrodowej. To tam miał się z nim spotkać informator. Azra wiedział, że od jego informacji może zależeć życie wielu Garou...
      Cmentarz na Ogrodowej nie był ani wielki, ani szczególnie stary. Nowiutka krypta rodu Scheiblerów, naśladująca wyglądem Katedrę, górowała nad innymi, również świeżo postawionymi nagrobkami. Na cmentarzu nie było starych grobów. Nic dziwnego. Przecież całe to miasto wyrosło niespełna sto lat temu, a przedtem była tu tylko niewielka wioska, która tylko przez przypadek dostała prawa miejskie. 
      W liście, tajemniczy informator mówił o spotkaniu za kryptą Scheiblera. Minął więc neogotyckie witraże i ogrodzenie z żeliwnych pali. Stanął w miejscu, w którym jedynym światłem był słaby blask Księżyca Mędrców. Gazowe lampy ulicy nie miały tu władzy. 
      - Spóźniłeś się... - rozległ się syk. 
      Azra - Chan odskoczył. Przed nim, prawie niewidoczna chwilę temu, stała koszmarna postać ni to smoka, ni goblina, o kamiennej skórze i płonących czerwonych oczach.
      - Gargulec!
      - A spodziewałeś się Świętego Mikołaja? Przecież święta minęły tydzień temu...
      - Ale nie spodziewałem się, że moim informatorem będzie...
      - Wampir?
      - Tak...
      - Któż inny powiedziałby ci o spisku Gwiazdy i Hermetyków przeciwko...
      Oślepiający błysk przerwał wypowiedź. Gargulec wrzasnął z bólu i zmienił się w stertę popiołu. Azra - Chan uskoczył i przeistoczył się w Bestię. Przyszło mu to z trudem. W końcu nie był wojownikiem, a Szał nie był jego sprzymierzeńcem.
      - Pięknie, Garou. Dzięki temu będę cię lepiej widział...
      Chan odskoczył, lecz nie dosyć szybko. Rozległ się suchy huk wystrzału. Ramię wilkołaka zapłonęło, gdy w ciele utkwił srebrny pocisk. Azra skoczył za nagrobek, rozpaczliwie usiłując zmienić postać. 
      - Gdzie jesteś, pieseczku? To nic osobistego, ale nie mogę pozwolić byś odszedł żywy. Za dużo wiesz.
     "A ty za dużo gadasz", pomyślał Garou. Wykorzystał swe magiczne zmysły, by zbadać prześladowcę. Był nim mag. A dokładniej Herbst.
Azra - Chan wiedział, że nie ma szans w starciu z potężnym czarodziejem, ale musiał wszystko postawić na jedną kartę. Jeśli opuści cmentarz, talent Oszusta pozwoli mu zgubić prześladowcę.
      Herbst zaczął coś mówić w nieznanym języku. Garou otoczyła czerwona poświata, zdradzająca jego kryjówkę. Azra - Chan skoczył. Mag rozpaczliwie próbował uniknąć dwustukilowej Bestii lecącej na niego, ale było już za późno. Obydwaj upadli na ziemię, a zaklęcie, jakim Herbst usiłował trafić wilkołaka rozwiało się, nie czyniąc nikomu krzywdy. Mag był jednak silniejszy, niż na to wyglądał. Bez trudu wydostał się spod ciężkiego przeciwnika, a w jego dłoni zmaterializował się srebrny topór.
      - Czas umierać, Garou...
      Azra - Chan spojrzał się w swe odbicie w srebrnej powierzchni. Zaśmiał się opętańczo i skoczył na maga. Ten ciął toporem, lecz ostrze przecięło powietrze. Rzeczywistość zafalowała, gdy Oszust skoczył Poza.
      Herbst zaklął. Widział wilkołaka w świecie duchów, lecz jego moc nie wystarczała, by go tam dosięgnąć. To był słaby punkt Zakonu Hermesa - nigdy nie interesowali się zbytnio światem duchów, za bardzo skupiając się na tej rzeczywistości. Azra - Chan też zdał sobie z tego sprawę. Zaśmiał się. Już wiedział, jak pokonać Hermetyków, teraz tylko należało podzielić się tą wiedzą ze Szczepem. Król już chyba zdążył ochłonąć ze złości. Uprzedzi ich, że wampiry szykują zdradę. I da im prawdziwego sprzymierzeńca - świat duchów.

      * * *

      Tym czasem w Parku rozpoczęło się Zgromadzenie. Garou, tak jak co roku, świętowali odejście starego, a nadejście nowego. Tym razem jednak, po raz pierwszy, były z nimi Pijawki. Zachowywały się całkiem porządnie, oczekując wraz z wilkołakami na północ. Gdy w końcu nadeszła, rozpoczęto zabawę.
      W końcu nadszedł czas na zawarcie układu. Dwie grupy stanęły naprzeciw siebie. Król odczytał warunki umowy. Już wcześniej przedyskutował je ze Szczepem. Dlatego teraz w Parku było zaledwie czterdziestu Garou. Reszta postanowiła opuścić miasto.
      - Mieli być obecni WSZYSCY - syknął wampir.
      - To są WSZYSCY Garou Łodzi. Innych nie ma.
      - Rozumiem - na twarzy Pijawki pojawił się nieprzyjemny uśmiech. - Zaczynajmy więc.
      Garou i wampiry podały sobie ręce. 
      - Umowę uważam za zawartą! - zawołał król.
      - Tak. Teraz dary. - Uciął krwiopijca.
      Król skinął głową. Pięciu rosłych Garou odeszło i po chwili rzuciło na ziemię dwadzieścia worków. Wciąż się ruszały, chociaż słabo.
      - Co im?
      - Opium. Zaraz powinno przestać działać.
      - Dobrze. - Tym razem wampir dał znak swoim. 
      Wampiry podeszły do worków. Rozcięły je i uwolniły ludzi. Dziesięciu. 
      - Patrzcie - rzekł wampir - oto potwory, które was porwały. Ale my darujemy wam wolność. Uciekajcie stąd!
      Garou zaczęli się transformować. 
      - Umowa! - syknął któryś z wampirów. - Pamiętajcie o umowie.
      Krwiopijcy rozplątali pozostałych ludzi. Jednak nie uwolnili ich, lecz obnażyli kły i wgryźli się w szyje ofiar. W końcu odrzucili zwłoki.
      - Dalej no, Garou. Przypieczętujcie pakt, jedzcie z nami z tego samego stołu. W końcu wy też jesteście drapieżnikami...
      Król zawył, gdy usłyszał tę propozycję. Ale młode wilki popełniły już poważny błąd - spojrzały w oczy wampirom. Znieruchomiały.
      - Jedzcie - rozległ się syk.
      Garou wpadły w szał i rozpoczęły ucztę na trupach. Rozległ się trzask łamanych kości. Jednak nie wszyscy ludzie byli trupami. Wampiry zrobiły wilkołakom paskudny dowcip. Rozległy się wrzaski pożeranych żywcem. To tylko rozbudziło w ludziach - wilkach większą żądzę krwi. Jeden rozpruł brzuch Rosy i wyrwał stamtąd płód, po czym pożarł go. Reszta zawyła, gratulując mu.
      Iwanow uciekł z parku. Nie mógł patrzeć, jak obrońcy Ziemi staczają się niżej od zwierząt. Kilku, co śmielszych, ruszyło, by go powstrzymać. Inni nieśmiało przyjmowali od swych"sprzymierzeńców"ich krew w darze...
      - Stój! - zawołał za nim Wódz Wojny. - Nie wolno ci odejść w tej chwili. Gwiazda będzie niezadowolona.
      - Od kiedy to wolno ci mówić, co wolno królowi, a czego nie wolno?
      - Próbujesz nas zdradzić
      - To wampiry was zdradzają. Robią z was zwierzęta.
      - Nazywasz mnie zwierzęciem?! - wrzasnął Szaimler, po czym przeistoczył się. - Nie jesteś już naszym królem!
      Iwanow w odpowiedzi też zmienił formę. Rzucili się na siebie. Pazury przeciw pazurom. Ciosy. Uniki. Iwanow był lepszy. Jednym skokiem dopadł Wodza Wojny i wbił mu szpony we wnętrzności. Szarpnął, a jednocześnie księżycowa magia zmieniła jego pazury w czyste srebro. Szaimler padł, a rana na jego brzuchu płonęła żywym ogniem. Wilkołak wyprężył się i zaczął wracać do ludzkiej formy. Nie żył.
      Zauważył to któryś z ucztujących."Zabójca"- wrzasnął, a wtedy całe stado ruszyło na swego króla. Iwanow próbował się bronić. Bezskutecznie. Jego ciało rozerwano na strzępy i triumfalnie zaniesiono z powrotem na miejsce Zgromadzenia.

* * *

      - Czy to wystarczy szanownym obserwatorom? - Głos Szlangbauma, prawej ręki Herbsta ociekał uprzejmością. - Chyba pokazaliśmy w wystarczającym stopniu, że zarówno Pijawki, jak i Garou, to niebezpieczne bestie, zagrażające ludzkości? 
      - Tak - obserwatorka Chóru Niebios, widząc śmierć Rosy, odruchowo przyłożyła dłoń do swego wydatnego brzucha, zdradzającego zaawansowaną ciążę. - Myślę, że w tym wypadku trzeba przyznać rację nie Werbenie, lecz Zakonowi Hermesa. Te bestie trzeba unieszkodliwić.
      - Ależ zabijanie ich to takie samo barbarzyństwo, jakie oni prezentują. - Szlangbaum udawał, że żałuje wilkołaków.
      - Też tak uważam, ale pozbawienie ich wszystkich mocy, jest jak najbardziej na miejscu.
      - Zgoda.
      Magowie Chóru Niebios otoczyli polanę. Rozpoczęli modlitwę. Herbst, lekko kulejąc wysiadł ze swego powozu. Jeśli on nie zdążył, to ten ranny wilkołak również... Polanę zalało niebieskie światło. Garou i ich sprzymierzeńcy padli na ziemię, jak porażeni gromem. Po chwili wszystko ucichło.
     - Dziękuję za współpracę - powiedział Herbst - i przepraszam za spóźnienie. Zapraszam do mojego pałacu. Myślę, że należy ich teraz zostawić samych ze swoja zbrodnią. Teraz, gdy nie mają już mocy, osądzą ich ludzie.

* * *

      Azra - Chan nie dotarł na czas. Ból, sprawiany przez tkwiący w jego ciele odłamek srebra, sprawił, że padł wyczerpany. Mógł tylko patrzeć, jak ginie Król i jak magowie niszczą jego współplemieńców. Widział też, jak tamci odjeżdżają. I jak zostaje główny sprawca tej masakry... Ale mógł tylko patrzeć...

* * *

      Herbst podszedł do jednego z wampirów. Potrząsnął nim. 
      - Wstawaj. Tamci już poszli. Nie musisz udawać.
      Krwiopijca zerwał się na nogi. Reszta również. Garou nadal leżeli na ziemi.
      - A teraz?
      - Z moich badań wynika, że zaraz odzyskają przytomność. Jednak przez następną godzinę będą zwykłymi ludźmi. Zwiążcie ich. 
      Pijawki wykonały polecenie.
      - Wmówiłeś magom, że to skasuje ich moce trwale?
      - Tak. Ale my znamy prawdę. Dlatego musicie pozbawić ich mocy. Permanentnie i tak, by do końca wiedzieli, jak to jest wejść w drogę Zakonowi Hermesa.
      - Rozumiem...
      - A teraz wybaczcie. Nie lubię krwawych widowisk.
      Herbst wypowiedział zaklęcie i zniknął.
      Przywódca wampirów popatrzył na innych. 
      - Myślę, że zabijanie ich nie ma sensu.
      - A co później? Pomyślałeś o tym? Nie możemy zostawić ich przy życiu...
      - Toteż nie zostawimy ich ŻYWYCH....
      Reszta uśmiechnęła się... zanosiła się ciekawa noc...

* * *

      Garou leżały na ziemi, wykrwawiając się. Pijawki nie chciały marnować tyle cennej"vitae", lecz krew likantropów była groźna dla tych, którzy ją wypili. Dlatego nad każdym wilkołakiem stał wampir i obserwował, jak wycieka z nich życie. W końcu każdy naciął nadgarstek i wlał swą krew w ich usta. Niektórzy mieli dość sił, by się bronić. Ci chwilę później padli z wykrwawienia.
      Reszta zwijała się w agonii. Wampiry rozcięły im więzy i odeszły, pozostawiając ich na łasce losu.

* * *

      Nieliczni ze Szczepu Srebrnych Szponów, zdobyli dość odwagi, by istnieć dalej. Zemsta na zdradzieckich Pijawkach... Magowie... To przestało mieć dla nich sens. Tylko dziesięciu odeszło, by zaspokoić głód, oraz ukryć się. Reszta czekała. Na swój pierwszy świt w 1906 roku. I ostatni w życiu...