Wyszukiwanie

Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Wampir
  Nomads
Wilkołak
Mag
Changeling: the Dreaming
Mumia
Świat Mroku: Opowiadania
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Karolina
Ostatnia aktualizacja: 18 maja 2001
Autor: Corrina
Rysował: Chris



Nie mogę powiedzieć, abym wiedziała kiedy to się zaczęło. Spadałam tak długo, że nie liczył się początek, ani koniec. Było mi już wszystko jedno, nie broniłam się. Każdy z nas miał coś więcej, jakiś cel, a nie puste życie, którego trzymał się tylko dlatego, bo sobie to kiedyś w przypływie rozpaczy obiecał, jak ja uczyniłam. Teraz nie miało to żadnego znaczenia. Choć może lepiej tak nie myśleć, bo ta pustka mnie dobije już całkiem. A tego abym nie chciała. Tak naprawdę to świat nie jest zły. To my sami staramy się go takim widzieć, a nawet tworzyć go na taki właśnie wzór. Tak tez jest zawsze. Tak był i będzie ze mną i nie martwcie się Z WAMI TEŻ, wszystkimi. Najpierw coś rodzi się w nas, a potem dookoła staje się rzeczywistością. A ja chciałam tylko jednego... miłości. Odstałam swoje w kolejce po szczęście, a teraz już chciałam je w końcu dostać, natychmiast, już. Choć nie wiedziałam, że dostane więcej niż kiedykolwiek moje serce mógłby znieść, nawet takie twarde i puste serce jak moje, wyrobione przez wieki samotnego życia pośród intryg, kłamstw i zdrady. Ale taka była Arkadia. Może tym właśnie była. Ale możliwe, że tylko staram się w to wierzyć, bo tak jest łatwiej mi przeżyć na tym wstrętnym padole, nie tęskniąc tak mocno, zbyt mocno nawet na moje serce. I choć każde słowo zakrawa na bluźnierstwo, jakby ludzie mówili o swym Bogu, tak ja wolałam bluźnić na mój ukochany Księżycowy Dom, skalać jego imię, niż za nim tęsknić. Czy to przejaw banalności, czy ucieczki przed nią nie dowiem się nigdy, a może nawet nie chciałabym się dowiedzieć, tak byłoby jeszcze prościej. Ale nie o Arkadii jest ma opowieść, bo zbyt bolesne jest szukanie w pamięci urywanych resztek wspomnień na Jej temat.
Nie wiem nawet kiedy Dawid pojawił się w moimżyciu, tak dawno temu to było, nawet jak się bardzo wysilę nie pamiętam naszego pierwszego spotkania. Było dziwne, wiem, ale to też się nie liczy. Tak na pewno to rozmawialiśmy pierwszy raz chyba w Orleanie... tak ze dwa wieki temu, może nawet więcej. To było gdzieś w okolicach emigracji ludzi z kontynentu do nowego raju, a on chciał jechać. Przynajmniej zastanawiał się nad tym. Chciał zobaczyć, jak to będzie śnić sen odkrywcy i osadnika, bez możliwości powrotu. Ale wiedział, że oszukuje sam siebie, zawsze mógł wrócić. Nie wiem dlaczego zrobiło mi się go żal, był równie wielki co jego niewinne, nieukojone serce, a może nawet naiwne. Cynizm nabyty przez te lata odzywał się we mnie zbyt często ostatnio, chyba nadchodził mój czas. Dawid wsiadł na statek i odpłynął w dal. Jak tylko statek zniknął za horyzontem poczułam smutek. Taki dziwny, bez powodów i granic. Obcy jakby, nie mój własny, wewnętrzny. Przeraziła mnie myśl, że to on był moim przeznaczeniem, tak bardzo inny ode mnie, choć tak bliski sercu. Moje ciało zdecydowało już dawno, zanim zrozumiałam... Przez Bramę dotarłam tam przed nim, wiele nocy nie mogąc zasnąć... czekając... aż przypłynął statek... bez niego.
Nigdy nie pozwoliłam sobie zajrzeć w przeszłość co się stało, nie wiem czy tak jest łatwiej, ale to postanowienie pomogło mi żyć dalej, czekać, mieć nadzieje. Lecz zawsze pozostało pytanie, dlaczego zrozumiałam tak późno, dlaczego nie podałam mu ręki, kiedy zapraszał mnie na pokład. Ale tak też nie dojdę do niczego prócz łez, których i tak już nie mam za wiele. Każdy z nas, czy ludzi przeszedł kiedyś taką ciernistą drogę, zamykając pierwszą życiową miłość w szklanym słoju... oglądając wspomnienia... i karteczkę nie otwierać. Dlatego ja nigdy nie zajrzałam do tego mojego, choć wiem że mogę. Ale czasem trzeba znać granicę tego, co naprawdę chce się wiedzieć. A ja nie twierdze, że nie chciałam, nie miałam odwagi. Tak było tocoś tajemniczego, pięknego, cennego. Pełnego marzeń. Wiele razy dawało mi moc, wiarę w Śnienie. Czasem oglądałam film z tamtych lat w mej głowie, zamroczona blaskiem słońca jasnym, jak jego złote loki i błękitem oczu, jak niebem ponad mą głową.
Codziennie wychodziłam na nabrzeże. Nienawidziłam morza, bo mi go zabrało i kochałam jednocześnie, bo dawało nadzieje, że właśnie on będzie gdzieś na kolejnym pokładzie statku, delikatnego jak kwiat.
Pewnego wieczoru, tak ze trzy lata później, oglądając zachód Słońca, postanowiłam iść dalej. Nigdy nie wróciłam na tamto nabrzeże, nigdy nie wrócę. Kolejny tom zamknięty i opatrzony napisem Sprawa umorzona. Całe moje życie składa się z takich rozdziałów. Tylko że ja nauczyłam się bezbłędnie wiedzieć, kiedy je zamykać. A kiedy do nich wracać myślami.
Kolejne kila lat żyłam, jak zamroczona, wcale ich prawie nie pamiętam. Szalałam z targającymi mnie uczuciami, bawiłam się ludźmi, raz budowałam,raz ich niszczyłam... jak morze bawi się ze statkami, tak ja bawiłam się ich marzeniami. Żadnego szacunku. Wtedy też zrozumiałam, ile musiałabym poświęcić dla niego.. albo on dla mnie. Staliśmy kiedyś po dwóch stronach Prawdy i żadne z nas nie chciało się przyznać do ignorancji. Do tych piekielnych klapek na oczach, jakie ma każdy człowiek. My też. W końcu jesteśmy w połowie ludźmi, a część z nas wierzy, że nawet więcej.
Czasem śniłam. Niby nic wielkiego i ważnego, ale tak miało być. Sen wracał z uporem maniakalnego mordercy z Elm Street, był tak samo realny i męczący. Wyczerpywał mnie, bo budził pragnienia, których wolałabym nie mieć. Szczęście! Jakież ulotne gwarancje dajesz, jakie puste obietnice, jak bardzo gorzkie łzy! Czy z miłości moglibyśmy zniszczyć jej przedmiot, aby nie cierpieć z tęsknoty? Tak. Ja byłam gotowa wrócić do tej przeklętej Arkadii, aby już więcej nigdy nie ujrzeć Jej w snach. Zniszczyć ją moim powrotem. Przestać pragnąć. Ale nie miałam odwagi, wtedy jeszcze nie miałam. A teraz? Teraz już tego nie chce. Po prostu, nie pytaj dlaczego, nie zrozumiałbyś.
Czytałam kiedyś książkę. Niedawno jakoś. Bohater stracił pamięć, ale na jedno słowo reagował tak niesamowita tęsknotą, że dostawał migreny. Ale nie wiedział co ono oznacza, gdzie jest to miejsce, do którego tak bardzo chciał powrócić. Ja wiedziałam. Mogłam. Ale na szczęście te sny zabijałam snami innych, robiłam to coraz częściej, zaczynałam się zmieniać z niewyspania i braku uwagi poświęcanej codziennym potrzebom. Zaczynałam przypominać naszych skrytych, mrocznych Braci, którzy kochają szepty. A potem nagle sen nie powrócił. Wiedziałam, że czegoś mi brak. Ale nie wiedziałam czego. Znów jakaś zaginiona część mnie chciała dać mi znać, że istnieje i będzie walczyć o nie.
Ale czy mogło nie spotkać coś gorszego jeszcze? Pewnie tak, ale wolałam, jak chyba każdy człowiek przy zdrowych zmysłach, myśleć raczej o tych pozytywnych aspektach życia. O tym co miałam już wtedy. A nie rozpamiętywać wszystko czego mieć nie mogłam.
Kocham zimę. Biały puch pokrywający cały świat. Sprawia, że czuje się czysta, niewinna... jak w Księżycowym Domu. Zawsze to była pora radości, takiej nieopisanej. Ludzie zazwyczaj nie rozumieją o czym mówię, tylko Ci, który się kiedyś zakochali bez pamięci i równie mocno byli szczęśliwi... tylko Ci mogą mieć jakiekolwiek porównanie do tego co my potrafimy odczuwać. To tak, jakby być tylko radością, niczym więcej, bez ciała, duszy, pragnień, czy jakiejkolwiek części umysłu. Ludzie są w zbyt wielu miejscach naraz. Nigdy nie są po prostu tu i teraz.
Po co pisze o zimie? Nie wiem. Lecz pewnej samotnej nocy spotkałam pewnego mężczyznę. Bawiłam się wtedy na lodowisku zrobionym przez kilku miejscowych. Szaleliśmy z dzieciakami, zdzierając kosztowne buty, niszcząc ubrania i zarabiając siniaki, ale nie liczyło się wtedy nic poza naszą zabawą. A on stał w bladej poświacie popołudniowego słońca, przyglądał się nam z kamiennym wyrazem twarzy. Zgłodniałam, więc postanowiłam pójść dotawerny coś zjeść. Poszedł za mną. Coś było niepokojącego w jego tajemniczej sylwetce, bladej cerze i ciemnych oczach, wyzierających zza długich rzęs. Weszłam do zatłoczonej tawerny, cuchnącej tanim piwem i spoconymi ciałami. Większość facetów obejrzało się na mnie, ale wiedzieli, że jestem nietykalna... nic poza patrzeniem, na więcej nie mogli sobie pozwolić. Bo to drogo kosztowało, najczęściej życie. Cóż, samotna kobieta nawet wśród mężczyzn musi sobie radzić. Ja miałam do tego sprawne ręce, ostry miecz i dobry refleks. Nie mówiąc już nawet o tkaniu Snów. Zamówiłam to samo co zwykle i czekałam, aż tu wejdzie. Ale on tego nie uczynił. Intrygował mnie, zastanawiałam się czy jest w ogóle człowiekiem, czy tylko kolejnym facetem napalonym na moją urodę. Jednak byłam zbyt zmęczona, aby grać w jego gierki. Poszłam do swojego pokoju, najlepszego w całej gospodzie zresztą. Położyłam się do łóżka. Nie udało mi się zasnąć, bo wyczułam jego obecność. Stał ukryty w cieniu, jego doskonałe ciało ukryte było pod najlepszym jedwabiem o tak czarnym odcieniu, jaki tylko było można uzyskać w tamtych czasach. Był piękny, fascynujący w swej mroczności. Podniosłam się i wsparłam na ramionach. Zrozumiałam kim był, ale chyba nie chciał zrobić mi krzywdy, nie czułam wrogich zamiarów. Chciał mnie smakować, kraść mi dar wiecznego życia tak długo jak tylko będzie mógł, sycić się najcudowniejszym ze smaków, upajać wonnym zapachem mojej słodkiej krwi. Ale nikt nie powiedział, że ja miałam zamiar dać mu to bez walki, coś co było dla mnie cenniejsze od jego głodu.
- Jestem Deneif, z klanu Ventrue. - usłyszałam pierwsze słowa z jego ust. Nie proście o opisanie jego głosu, to tak jakby głuchemu tłumaczyć, czym jest delikatny szmer górskiego potoku, uwodzącego ciszęi podbijającego serce statecznych masywów.
- Karolina - rzuciłam drżącym z podniecenia głosem, czując jak jego oczy hipnotyzują mnie coraz bardziej, a serce rozpędza się, jakby wyruszało beze mnie do Arkadii. Podniosłam się dokładnie chwili, gdy stanął przy łóżku.
- Witaj zatem, Pani. - poczułam dotyk jego dłoni i lodowatych ust na mej ręce. Przez myśl przebiegło mi pytanie, jakby to było czuć te chłodne, namiętne usta na moich, na moim ciele. Zadrżałam od tych myśli. Przecież właśnie mojemu życiu zagrażało największe niebezpieczeństwo, jakie kiedykolwiek mnie spotkało. A ja bez strachu patrzę w jego piwne oczy? Co się ze mną wtedy stało? Może ta mądrzejsza część mnie wiedziała, że nie mam się czego obawiać, a może po prostu nie boje się samej śmierci. Są rzeczy dużo gorsze, choć pewnie mi i tak nie uwierzycie. Z mojego punktu widzenia, to kim on był to właśnie ten gorszy los. Ale wtedy przeżywałam przygodę mojego życia.
Z ociąganiem puścił moja dłoń. Spojrzał ponad mą głową i stał tak, jakby zastanawiając się co dalej. Gdy znów skierował na mnie wzrok był odmieniony. W oczach czaił się tak ogromny smutek, rozpacz wręcz niemożliwa do ukojenia. Uspokoił się po chwili, przybrawszy znów kamienną maskę tajemniczości, podszedł do okna.
Teraz zauważyłam, że drewniane okiennice były uchylone. Patrząc na świat za oknem, milczał. W chwili gdy chciałam się go spytać po co przyszedł, odwrócił głowę i popatrzył na mnie spod półprzymkniętych powiek.
- Nie powinienem był. Ale przypominasz mi, Pani, kogoś, kogo utraciłem dawno temu. Lecz to tylko iluzja. Złudzenie samotnego istnienia.
- Poczekaj. Kim ona była?
- Panią mego serca, Panią mego Pana, zakazanym owocem.
- A ja? Nie mogę być nią. Nigdy. Przykro mi, jeśli szukałeś właśnie jej, to nie tutaj.
- Wiem. Ale nie mogłem już żyć nadzieją. Patrząc jak co noc przechodzisz obok i mnie nie zauważasz, tak jak ona. Moja ukochana.
Zamyśliłam się. Wiele o mnie musiał wiedzieć, więc jego wizyta miała jakiś inny cel niż ta rozmowa, a przynajmniej nie tylko te słowa.
- Co mogłabym dla Ciebie uczynić?
- Pani szybko cofnij te słowa, nim zbiorę odwagę prosić Cię o tak wielkie poświęcenie dla bestii, takiej jak ja.
- Nie cofnę danego słowa, Panie. Aż nie uzyskam odpowiedzi. - Odwrócił się w moim kierunku, spomiędzy rozchylonych warg wystawały błyszczące kły.
- Nie mogę prosić Cię o choć odrobinę twej krwi, nie wiedząc, nie mając pewności, że potrafiłbym przestać. Nie skrzywdzić Cię.
- A jeśli ja podejmę to ryzyko? - nie mogłam uwierzyć swoim własnym słowom.
- Nie kuś, Karolino, na Boga, nie kuś słabego. - Zacisnął pięści na oparciu jedynego krzesła, aż zatrzeszczało. W mgnieniu oka podszedł do okna i wyskoczył przez nie. Przez dłuższą chwile nie mogłam się ruszyć, uwierzyć, że to nie kolejny sen, ale złamane krzesło wyraźnie świadczyłoza rzeczywistością. Podbiegłam do okna. Nie było śladów na śniegu, więc nie spadł. Nie byłam zaskoczona, że nie chce wiedzieć jak mogłoby sięto skończyć inaczej. Choć miałam nadzieje, że kiedyś jeszcze go ujrzę... w innym czasie i miejscu. Właściwie to była pewność, że taki moment nadejdzie. Kiedyś, gdzieś.
Jeszcze tej samej nocy spakowałam swoje rzeczy, zapłaciłam rachunki i odeszłam. Zawsze mógł wrócić kiedyś bardziej głodny... bez tak ogromnego żalu w sercu. Jak łatwo jest docenić życie, gdy dostaje się je spowrotem, jakby zza zasłony mgły. Wtedy właśnie, w rozpaczy i bezsilności podjęłam walkę. Złożyłam przyrzeczenie, że będę żyć za wszelką cenę, świat nie pokona mnie tak łatwo. Nigdy więcej nie zaryzykuje swego życia tu aż tak bardzo, jak tamtej nocy.
Nie mogę powiedzieć, aby moje życie było puste. To nie tak, raczej brak mu było pewnych elementów, które większość ludzi i wszyscy Sidhe uważali za najważniejsze. Miłość. Co takiego magicznego ma w sobie, że jej tak wszyscy obsesyjnie pragną? A ja nie chciałam, teraz widzę, że uciekałam od niej jak mogłam, raz wmawiając sobie, że nic nie czuje, a czasem ignorując ją i uciekając od obiektu westchnień. Ale wtedy nie mogłam. Tak bardzo fascynował, że nie potrafiłam o nim zapomnieć, a jedyne co mogłam zrobić to przelać te rozbudzone uczucia na kogoś innego. Zadziwiające, że mi się udało. Tak naprawdę raz byłam bliska szaleństwa z rozpaczy, raz chciałam umrzeć, aby już więcej nie cierpieć, zostawić tę przeklętą długowieczność. Ale pozwolę Ci zrozumieć, jak to było, od początku...
Nocna ucieczka nie był co prawda najbardziej rozsądna, bo on i tak mógł mnie znaleźć, jakby tylko zechciał. Ale liczyłam na jego wyrzuty sumienia, choć u potwora to zdecydowanie nie pewne inwestycja. W pobliskim lesie rozłożyłam obóz i poczekałam do świtu. Nawet teraz, po tylu latach nie mogę uwierzyć, że pamiętam każdą myśl, któraw ciągu tych kilku godzin przeleciała przez moją głowę. A było ich wiele. Rozpamiętywałam przeszłość i zastanawiałam się co przyniesie przyszłość. O świcie wstałam i ruszyłam dalej.
Parę mil, nie wiem nawet ile, nie ma to znaczenia, przejechałam lasem. Zobaczyłam dym unoszący się z dopalających się zgliszczy farmy. Nie sadziłam, że ktokolwiek to przeżył, a kilka sztuk bydła ryczało wściekle w zagrodzie, która cudem nie spłonęła. Jacyś biedni mieszkańcy okolic będą mogli przynajmniej coś nieco ukraść. Bardzo ciekawe co zrobią z tym bydłem. Otworzyłam drzwi obory i wypuściłam zwierzęta... a niech tam, może jeszcze przeżyją trochę na wolności. Tuż za drzwiami leżał chłopiec zwinięty w kłębek. Widziałam tylko umorusany sadzą profil i burzę złotych loków. Mógł mieć trzy, może cztery lata. Ale równie dobrze tylko dwa... Spał. Kusiło mnie, aby zmienić mu sny, właściwie to nic mnie nie powstrzymywało, bo i tak najprawdopodobniej śniło pożarze. Ale nie zrobiłam tego. Pogłaskałam go po głowie, delikatnie budząc. Otworzył oczy. Poczułam, że tracę grunt pod nogami. Usiadłam kołoniego, niemo wpatrując się w te intensywnie niebieskie oczy. Poczułam łzy na policzkach i dziwną gule w gardle. I nie chciałam w to wszystko wierzyć. Jeszcze przed chwila nie miałam planów, a teraz już wiedziałam co muszę zrobić. Tak oto mój los został mi objawiony. Po chwili zaskoczenia chłopiec odzyskał głos.
- Czy pani jest z mojego snu? Zabierze mnie pani ze sobą? Da mi pani jeść? Może chociaż wodę? - na jego uroczej twarzyczce rysowało się zwątpienie, czy ja go w ogóle rozumiem.
- Oczywiście, skarbie. Proszę. - podałam mu odkręconą manierkę. - Jedzenie mam przy koniu, wiec chodź. Jak chcesz to możesz teraz zostać ze mną.
Wstał. Tak, nie miał więcej niż dwa i pół roku. Ale jak na swój wiek był dużym chłopcem, a w jego oczach była ukryta jakaś mądrość, zadziwiająca nawet mnie u tak małego dziecka. Ale tak wiele miał w sobie z Dawida, że nawet mogłabym pomyśleć, że jest jego wcieleniem. Może rzeczywiście był.
Nakarmiłam go, umyłam trochę, choć na pewno w najbliższym mieście musze mu kupić ubrania. To było nadpalone i prawie nie do użytku, ale wszystko co ja miałam byłoby zdecydowanie za duże. Miał lekkie oparzenia, więc musiał sporo przejść tej nocy. Wyszeptałam kilka bezsensownych słów i popatrzyłam mu w oczy. Niech tego nie pamięta, jeszcze nie teraz. Teraz ja byłam jego mamą, a tata nie żył. Tak było lepiej, a prawdy się dowie, jak będzie odpowiednio dojrzały na nią. Czyli jeśli się nie mylę co do jego natury to za dwa, może trzy lata. Wtedy już będzie gotowy.
Tak poznałam moje cudowne dziecko. Josh robił wszystko wcześniej ode mnie. Szybciej się przebudził, poznając prawdę o samym sobie, aby po chwili zacząć proces jej zapominania, jak każdy z nas. Wiele rozumiał zanim mu usiłowałam to tłumaczyć. Rósł jak na drożdżach,co też nie było zadziwiające. W końcu miał być zawsze większy od swych ludzkich rodaków. Nie wiem czy z każdym dniem kochałam go bardziej, czy tylko moja miłość stawała się dojrzalsza. Od dorastał i wiedziałam, że już niedługo będzie mógł przeżyć samemu, nie będzie mnie potrzebował. Bałam się tego dnia, bo chyba już nie potrafiłam żyć bez niego. Nie wiedziałam też jak go zatrzymać. Czasem bolały myśli, co by było gdyby Josh był rzeczywiście moim synem, z krwi i kości. A tak miałam nadzieje, że z matki stanę się towarzyszką życia, że odda mi swe serce i uczyni kochanką. Był dla mnie wszystkim, a ja chciałam dać mu całą siebie. Teraz ja rozumiała epickie opowieści o takiej właśnie miłości. Ale w ich historiach taka właśnie miłość zawsze miała smutny koniec. Po śmierci. Nie chcę wspominać tego co robiliśmy razem, bo z nim nawet posiłek składający się z chleba i sera był niezapomnianą ucztą. Każdy dzień radością, a każda rozmowa sprawiała, że się rozwijaliśmy. Kiedyś spytał się, czym się tak bardzo martwię, że już nie zauważam dnia dzisiejszego. Chciałam zaprzeczyć, ale miał rację, tak mocno chciałabym móc go okłamać.
- Któreś z nas będzie musiało odejść, niedługo już. Te lata były darem, cudem. Ale kończy się nasze wspólne przeznaczenie. - spuściłam wzrok, gdy zauważyłam gniew zapalający się w jego oczach.
- Każdego dnia mówiliśmy sobie na zawsze, to nie wystarczy? Czego chcesz jeszcze? Ty masz lata życia przed sobą, a ja nowe wcielenia. A teraz ty kilkoma słowami chcesz to przekreślić! Jakbym nic dla Ciebie nie znaczył!
- Znaczysz. Za wiele. Josh, zrozum w tym właśnie jest problem. Nie wiem czy potrafiłabym czekać na twoje kolejne wcielenie, wierzyć że Cię znajdę, że znów się spotkamy. Ani tym bardziej patrzeć jak twoja natura jest zabijana przez każdy dzień życia tutaj, jak się starzejesz... i czekać, aż powiesz mi, że już czas. Że śmierć musi nadejść,aby zabrać do ciało i wyzwolić duszę. Nie potrafię żyć z takim piętnem. - ujął moją twarz w dłonie i patrzył w moje załzawione oczy.
- Ale czy już teraz musisz niszczyć nas? To jakbyś miała mnie dość i sama popychała w stronę rozstania... lub śmierci.
- Błagam Cię, przestań.
Przestał. Ja też nie powiedziałam nic więcej. Skutecznie zamknął mi usta pocałunkiem. Potem kolejnym. Każdy coraz bardziej spragniony, niecierpliwy. Teraz już żadne z nas nie myślało o przyszłości. Były tylko od dawna nie spełnione pragnienia.
Nad ranem siedziałam i patrzyłam w gwiazdy. Zdałam sobie sprawę, że już za późno. Już nie potrafiłam odejść, zostawić go. Miałam tylko nadzieje, że nigdy nie będę musiała go zabić... ani tym bardziej, że on o to nie poprosi. Poczułam, że stanął za mną i objął ramionami. Wtedy był czas tworzenia snów. Teraz jest czas wspomnień. Tak to już jest na tym świecie. Poddałam się.
Zaskakująco los dał nam jeszczekilka lat razem, tak cudownych, szczęśliwych, jakby całe szczęścia mojego długiego życia zostało zużyte na te lata. Jak szczęścia w pigułce. Nadal gdy wspominam te lata nie potrafię powstrzymać uśmiechu. A pewnego dnia on po prostu zniknął. Ale wiedziałam, że nic mu nie jest, że to była jego decyzja, że dokładnie wiedział kiedy odejść. Zostawił księżycowy klejnot, taki mały szmaragd oprawiony w srebro. Miałam go przekazać jego następnemu wcieleniu. Czuję nadal chłodny dotyk kamienia na mojej szyi. Wiem. Macie wiele pytań. I nie, nie mam pojęcia, jak długo jeszcze żył. Ani czy wiedział, że jak odchodził to byłam w błogosławionym stanie. Może wiedział i dlatego odszedł. Ale dziecko okazało się być dziewczynką, taką słodką, niewinną. Julia zmarła kilka godzin po porodzie, nie wydawszy z siebie nawet krzyku. Była całkowitym milczeniem, jakby gdzieś po drodze straciła swą duszę... albo nie odnalazła ona nigdy jej maleńkiego ciała.
To był ten moment kiedy chciałam umrzeć, odejść wraz z nią. Nie było ze mną Josha, nie było nikogo. A ja żyłam już na tyle długo, aby stwierdzić, że wystarczy. Lecz nie potrafiłam przestać mieć nadziei, że on kiedyś wróci. Już dwa razy go straciłam, za każdym razem na zawsze. Ale wracał, więc teraz też powinien. Lata mijały.
Po kilku latach nauczyłam się znów uśmiechać, ale zawsze to tylko usta. A oczy wypełnione tęsknotą i smutkiem. Wiem, że właśnie dlatego żyłam tak długo i nie poddawałam się banalności tego świata, nie pozwoliłam jej unicestwić prawdziwej mnie. Walczyłam, czasem uciekając w milczenie i własne myśli, a czasem śniąc sny innych... Czekałam. A przyszedł taki moment, że szaleństwo zwyciężyło, pozostały tylko sny. Niewiele pamiętam z tego okresu, gdy straciłam kontakt z rzeczywistością, choć czasem mam wrażenie, że uczestniczyłam w ważnych wydarzeniach, gdzieś tam wśród cienia tego świata...
W końcu coś rzeczywistego mnie by zabiło i taki byłby koniec mojego żałosnego życia. Pewnie na to liczyłam ignorując znaki, wiedząc że tańczę na granicy szaleństwa. Może robiłam to specjalnie, zatracając się, gubiąc ludzką naturę...
Gwałtownie wciągnęłam powietrze, czując ból. Po chwili przeszedł on w rozkosz, czułam drżenie na całym ciele, zimne dreszcze na przemian z gorącymi. Krzyk wyrywający się z mojego własnego gardła, dochodzący do świadomości jakby zza szyby. A potem powrócił na chwile palący ból w płucach domagających się powietrza, by w ułamek sekundy później zgasnąć w ciemności. Dziwne, ale pamiętam tę ciemność, nicość po drugiej stronie zasłony. Tak jest wszystko na raz i nic jednocześnie, to bardzo dziwnie uczucie. Potem było szarpnięcie, jakby koń wyrzucił mnie z siodła. I chłód. taki przejmujący, do szpiku kości, wszędzie, wewnątrz, jakby właśnie moje ciało było jego źródłem. Uchyliłam powieki. Nade mną był biały sufit, zdobiony ornamentami, z kryształowym żyrandolem. Cienie rzucane przez świecie bawiły się w ganianego z światełkami kryształów. Leki przeciąg poruszał moimi rudymi włosami... Leżałam na marmurowej podłodze, taka zmęczona, senna. Zamknęłam oczy. Spałam, ale nie było już snów. Odeszły, straciłam je. Nie miałam czegoś co stanowiło większą cześć mnie samej. Czy moje życie dalej jest możliwe? Beze mnie?
Gwałtownie wstałam. Ktoś mnie rozebrał i przeniósł na łóżko z jedwabną pościelą. Delikatne zasłony opadające z baldachimu odgradzały mnie od świata. Ale czułam, że coś się zmieniło. W powietrzu unosił się delikatny zapach krwi. Wciągnęłam powietrze do płuc, starając się dowiedzieć czegoś więcej. Wstrzymałam oddech. A ciało nie domagało się tlenu, nie błagało o kolejny wdech, jakby to było całkowicie obojętne.
I tak oto ziścił się mój tragiczny sen o śmierci. Lecz tak jak przedtem jej pragnęłam, to teraz już ją przeżyłam. Ktoś zabrał mi dusze dającw zamian kolejne mroczne istnienie. Ale to już kolejny etap.. kolejna opowieść...